Dzień 0 to tankowanie i upychanie resztek bagażu. Poszło łatwiej niż w ubiegłym roku, pomimo tego że wyjeżdżałem na miesiąc a nie dwa tygodnie. Nauka nie poszła w las.
Dzień 1
Wyjazd z samego rana, czyli około 10 i droga w kierunku Szczecina, przebiega bez żadnych zakłóceń. Pierwszym punktem do zwiedzenia tego dnia była Mysia Wieża w Kruszwicy, gdzie według legend myszy zjadły Popiela.
Wieża została zbudowana przez Kazimierza wielkiego około roki 1350, ma wysokość 32 metrów i jest to pozostałość po zamku który w późniejszym okresie zniszczyli Szwedzi. Wstęp na gór kosztuje 5 złotych, a czasem nawet nic, dla motocyklistów :) Z góry rozciąga się ładna panorama na Gopło i okolice. Wewnątrz są różne historyczne wystawy.
Następnie skierowałem się do Biskupina. Po drodze spotkał mnie mały deszczyk który jak się później okazało towarzyszył mi praktycznie codziennie przez pierwsze 2 tygodnie wyjazdu. Kilka kilometrów przed Biskupinem można natknąć się na muzeum kolejki wąskotorowej w Żninie, skąd można dojechać kolejką do Biskupina, oraz przejechać przez Wenecje. Biskupin to stanowisko archeologiczne odkryte przypadkiem dzięki pracom melioracyjnym które obniżyły lustro wody w jeziorze Biskupińskim odsłaniając resztki osady która powstałą prawdopodobnie około 740 lat przed naszą erą.
Oprócz samej odtworzonej osady, łącznie z wyposażeniem budynków, jest także muzeum i kilka pomniejszych wystaw z zaprezentowanymi zabudowaniami z różnych wcześniejszych jak i późniejszych okresów (wioska neolityczna, wioska piastowska, obozowiska łowców z epoki kamienia). Wszystko jest bardzo dobrze zachowane i zorganizowane i pozwala zobaczyć jak wyglądało życie szczęśliwych ludzi bez podatków, telewizji i internetu. Wstęp do całości kosztuje 10 złotych, przez wszystkie stanowiska można przejść jedną ścieżka, więc niczego się nie przegapi.
To wszystkie z zaplanowanych miejsc do zwiedzania na dziś, skierowałem się prosto do Szczecina, zatrzymując się tylko przed Muzeum walk o Wał Pomorski na pamiątkową fotke.
Na koniec dnia szczęśliwie dojechałem do Szczecina gdzie zrobiłem zakupy na noc i dojechałem do schroniska młodzieżowego Cuma, gdzie miałem nocleg za 35 zł. Na rozgrzewke przejechałem tego dnia 595 kilometrów.
Dzień Drugi
Noc minęła spokojnie i po zjedzeniu śniadania ponownie skoro świt wyruszyłem, pierwsze w kolejności były dwa miejsca w samym Szczecinie które w ubiegłym roku jadąc do Niemiec pominąłem z braku wiedzy o nich. Pierwsze to już niestety ruiny widokowej wieży Quistorpa wybudowanej w latach 1900-1904 na polecenie Martina Quistorpa ku czci swojego ojca i była wizytówką i reklamą materiałów pochodzących z kamieniołomów należących do rodziny. Ruiny znajdują się w lasku Arkońskim i żeby do nich dojśc trzeba zostawić motor i udać się w kilkunastominutowy spacer, drogowskazów nie ma, ale starczy kierować się do centrum lasku na najwyższe wzniesienie. W czasie wojny znajdowała się tam wieża radarowa, i to jest prawdopodobna przyczyna jej zniszczenia w 1942 roku.
Wieża jest teraz miejsce licznych spotkań młodzieży sądzac po ilości pobitych butelek, puszek i śladów po ogniskach.
Tak wieża wyglądała w czasach swojej świetności.
Są plany rewitalizacji tego terenu i pobudowania nowej wieży, ale pozostaje mieć nadzieje że to nie dojdzie do skutku w takiej formie jaka jest proponowana, bo wygląda jak koszmar pijanego architekta,
Po wyczerpującym spacerze po lasku udałem się kilka kilometrów dalej do obiektu znacznie lepiej zachowanego, a mianowicie do wieży Bismarcka, inna nazwa to wieża Gocławska, przejeżdżałem koło niej podziwiając przy okazji dźwigi portowe, w ubiegłym roku. Widać ją już z dość daleka ponieważ stoi na wzniesieniu i sam dojazd jest nieco łatwiejszy ale wymagał ode mnie odrobiny pokluczenia, dla chcących tam dojechać jak najbliżej proponuje dojechać do końca ulicy Narciarskiej, dalej już piechotą kilkaset metrów w głąb kasu. Wieża Bismarcka jest największą i najdroższą z wież żelaznego kanclerza, jej budowe rozpoczęto w roku 1910, a otwarcie nastąpiło w 1921. Budynek jest w zaskakująco dobrym stanie, ale niestety jest w prywatnych rękach i jest zamknięty dla zwiedzających. Robi świetne wrażenie i aż prosi się żeby temu obiektowi przywrócić dawny blask. Z wnętrza przez uchylone drzwi wieje przyjemne zimne powietrze.
Pora opuścić Szczecin, z oddali żegnały mnie stoczniowe dźwigi a ja skierowałem się do Zalesia tuż przy jeziorze Wicko Wielkie gdzie znajdują się resztki instalacji do wyrzutni rakiet V3. Oprócz małego muzeum umieszczonego w bunkrze gdzie były składowane pociski, znajdują się tutaj pozostałości po trzech stanowiskach ogniowych. Wszystko jest niestety dość słabo oznaczone i trzeba poprostu chodzić po lesie po lekko wydeptanej ścieżce. Same stanowiska są dość ciekawe, ponieważ są pobudowane na naturalnym wzniesieniu i nie można było zmienić ich miejsca ostrzału, czyli wyglądało to jak położona na ziemii ogromna armatnia lufa i strzelała tylko w jedno miejsce. Do teraz zachowały się tylko betonowe podpory.
Następnie skierowałem się na przeprawe promową na drodze krajowej 93 by po przekroczeniu granicy z Niemcami odwiedzić muzeum w Peenemunde. Zanim dojechałem do muzeum pogoda popsuła się już dość wyraźnie i zwiedzanie jak i reszte dnia odbyłem już w strugach deszczu. Jest to były ośrodek badawczy który w latach 1936-1945 był jednym z najnowocześniejszych. W 1942 została z tego miejsca wystrzelona pierwsza rakieta w kosmos. Do budowy tego ośrodka zapędzono więźniów z pobliskich obozów koncentracyjnych, oraz jeńców wojennych. Całe muzeum to ogromny obszar, ponad 50000 m2, można podzielić na część zewnętrzną gdzie można między innymi podziwiać rakiety, oraz część wewnętrzną w budynku elektrowni z eksponatami, wystawami opisującymi jak ośrodek powstawał, pobliskie obozy pracy, historie nalotów na ten obiekt i co było w nim projektowane i budowane. Miłą niespodzianką był fakt że objaśnienia były także w języku polskim.
Jednak to co najbardziej przykuło moją uwagę to o dziwo nie były rakiety a sama elektrownia. Można ją zwiedzać, dojść praktycznie w każdy zakamarek tego ogromnego molocha, obejrzeć całą instalacje i wyobrazić sobie jak wyglądała wtedy praca na takim obiekcie. W oddali widziałem jeszcze łódź podwodną którą podobno można zwiedzać, ale była na zamkniętym terenie i niestety nie dało się tam do niej dostać, czego szczerze żałuje bo była jednym z miejsc które koniecznie chciałem zobaczyć. Wstęp na cały obiekt kosztuje 8 euro.
Po zwiedzeniu wszystkiego co się dało ruszyłem w kierunku Hamburga gdzie miałem zamiar znaleść nocleg. Droga okazała się niezłym koszmarem, nie tyle z powodu sporego miejscami ruchu, co opadów deszczu który w pewnym momencie przybral tyle na sile, że poddał się nawet mój kombinezon przeciwdeszczowy. Kilkadziesiąt kilometrów przed samym Hamburgiem wypogodziło się, mokre ciuchy zaczęły powoli schnąc od pędu powietrza. Samo miasto przez czas szukania noclegów okazało się pełne kontrastów, po ulicach przemykały najdroższe samochody, a na chodnikach było dość dużo bezdomnych, do tego spory tłok. Poszukiwanie taniego noclegu było kolejnym tego dnia zimnym prysznicem. Albo nie było miejsc, albo ceny zwalały z nóg. Ostatecznie po chyba 2 godzinach krążenia po okolicy, gdy zbliżała się godzina 23 wróciłem do jednego z hosteli, zarządzanego przez kilku śniadych dżentelmenów, gdzie wcześniej dostałem propozycje na wypadek nie znalezienia noclegu nigdzie indziej przespania się w składziku na materacu za 10 euro. Było całkiem wygodnie, można to było potraktować jako zaprawe przed spaniem w namiocie. Tego dnia przejechałem łącznie 570 kilometrów.
Dzień Trzeci
Obudziłem się rano wbrew wieczornym obawom nie z bólem w okolicy nerek w wannie z lodem, ale w śpiworze, to znaczy że wszystko w porządku. Szybkie śniadanie i w chwili pakowania motocykla zaczyna padać deszcze. Podobno gdzieś dalej już nie pada...
... niestety to nie była prawda, padało cały dzień. Gdzieś po drodze do pierwszego podczas wyjazdu obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen natrafiłem na, również pierwszy, podczas wyjazdu cmentarz alianckich żołnierzy z 2 wojny światowej.
Obóz w Belsen funkcjonował w latach 1940-45 i według różnych szacunków pochłonął około 70 tysięcy ludzi. Zostały po nim tylko dziury w ziemi po masowych grobach, fundamenty budynków i wspomnienia naocznych świadków. Na miejscu jest muzeum obozu, a na terenie dawnego obozu stoi kilkumetrowy krzyż postawiony przez Polaków, stoi także kilka nagrobków z polskimi napisami i pamiątkowych tablic, o samym wyglądzie obozu informują już tylko tabliczki informujące co w danym miejscu stało. Wstęp na teren jest bezpłatny, zwiedzanie zajmuje około 2-3 godzin. Obóz przypomina nieco swoim aktualnym wyglądem obóz w Treblince.
Z Belsen udałem się następnie do kolejnego obozu w Esterwegen. Tutaj też z samego obozu niewiele zostało, byłem jedyną osoba która kręciła się po terenie, ale może to była wina pogody. Także tutaj można trafić na ślady polaków którzy dokonali tutaj swojego żywota. Zginęło tutaj łącznie prawie 40 tys ludzi, z czego większość to żołnierze armii czerwonej.
Po zwiedzeniu tego co było do zwiedzenia pojechałem poszukać noclegu w pobliżu granicy z Holandią. Nie miałem ochoty na rozkładanie namiotu w strugach deszczu więc po raz kolejny zacząłem rozglądać się za miejscową ofertą pokoi do wynajęcia, i po raz kolejny musiałem nawinąć sporo kilometrów aż znalazłem przytulny nocleg w pubie-hoteliku za 30 euro za noc, ale ze śniadaniem. Dystans jaki dziś pokonałem to równo 400 kilometrów.
Tego dnia akurat był mecz Niemcy vs Brazylia, w pubie wieczorem zaczęli zbierać się młodzi Niemcy i bardzo entuzjastycznie kibicowali swoim faworytom, wiadomo jakim. Ja sobie usiadłem z piwem na końcu sali i obserwowałem spokojnie pierwszą połowe, w przerwie poszedłem do swojego pokoju spać. Zastanawiałem się jak będzie wyglądała zabawa po meczu, ale poprostu wszyscy się w spokoju rozeszli do swoich domów, bez krzyków czy awantur, w ciągu kilkunastu minut.
Tego dnia akurat był mecz Niemcy vs Brazylia, w pubie wieczorem zaczęli zbierać się młodzi Niemcy i bardzo entuzjastycznie kibicowali swoim faworytom, wiadomo jakim. Ja sobie usiadłem z piwem na końcu sali i obserwowałem spokojnie pierwszą połowe, w przerwie poszedłem do swojego pokoju spać. Zastanawiałem się jak będzie wyglądała zabawa po meczu, ale poprostu wszyscy się w spokoju rozeszli do swoich domów, bez krzyków czy awantur, w ciągu kilkunastu minut.
Dzień czwarty
Rano właścicielka przybytku zaprosiła mnie na śniadanie a sama pojechała na zakupy.
Najedzony i wypoczęty wyruszyłem na podbój Holandii.
Ale zanim opuszcze Niemcy opowiem co nieco o podróży przez ten kraj. W większości miast, zwłaszcza tych mniejszych jest bardzo czysto, ludzie są przyjaźnie nastawieni. Pewnym problemem jest tylko bariera językowa ale tylko w przypadku starszych ludzi, większość rzeczy można załatwić rozmawiając po angielsku. Ludność napływowa zamieszkuje zwykle większe miasta więc na prowincji można uświadczyć właściwie tylko rdzenną ludność i ewentualnie pracowników z innych krajów. Do tego wieś nie oznacza walących się drewnianych domostw, czy szarych nijakich budynków, wszystko jest utrzymywane w jak najlepszej kondycji. Widziałem bardzo mało policji, łącznie kilka radiowozów, wszyscy jeżdżą mniej więcej zgodnie z przepisami, tylko w miastach dość rygorystycznie przestrzegana jest 50tka. Na drogach przelotowych i autostradach można się natknąć na sporo samochodów ciężarowych z naszymi tablicami, i tak samo jak w Holandii i Belgii dużo samochodów dostawczych z nadbudówkami sypialnianymi na dachu - dla ominięcia przepisów dotyczących czasu pracy kierowców. Większość z nich ochoczo odpowiada na pozdrowienie awaryjnymi. Taka miła odskocznia podczas jazdy.
I nareszcie wjazd do Holandii, tradycyjnie w deszczu nawijałem powoli kilometry, pierwsze miejsce do zwiedzania było dopiero 60 kilometrów przed Amsterdamem więc mogłem chłonąć widoki holenderskiej wsi i miasteczek. Wszystko jest równie czyste i poukładane jak u sąsiadów, tylko wydaje się jakby bardziej wesołe. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to śmieszne małe kucyki wzrostem w najlepszym wypadku dorównujące wilczurowi. Powoli gdzieniegdzie dało się także dojrzeć pierwsze wiatraki. Ruch dalej mocno uporządkowany, kompletne zero drogowej agresji.
Pierwsze zakupy w Holandii to kupno nowej kominiarki która gdzieś mi się zawieruszyła po drodze w sklepie z częściami motocyklowymi.
Po ok 170 przejechanych kilometrach dojechałem w strugach deszczu do obozu koncentracyjnego w Leusden, a właściwie do tego co z niego zostało, czyli fundamentów budynków, pamiątkowym fragmencie muru i najbardziej przygnębiającym miejscu - miejscu straceń gdzie więzień szedł kilkaset metrów ścieżką, gdzie na końcu czekał go pluton egzekucyjny.
Następnie postanowiłem poszukać noclegu w pobliżu Amsterdamu, znalazłem interesujące mnie lokalizacje w aplikacji na telefonie i udałem się do miejscowości Haarlem położonej kilkanaście kilometrów na północ za Amsterdamem. Droga obfitowała w liczne atrakcje, do deszczu dołączył hulający wiatr rzucający znienacka motocykl po całym pasie, temperatura też zrobiła się mocno nie letnia. Wybrałem hostel sieci StayOk ze względu na dość niską cenę (22 euro) i wliczone pranie oraz śniadanie. Po wrzuceniu ciuchów do pralki poszedłem na zakupy i zwiedzanie okolicy. Miałem możliwość przejść się wzdłuż parku i uroczego kanału wodnego. Pokonany dystans tego dnia to 326 kilometrów.
Po drugiej stronie kanału na wysokości domów parkowały małe łódki. Wreszcie mogłem się dokładniej przyjrzeć holenderskim domkom, które od tej pory stały się moimi ulubionymi typami domów. Duże frontowe okna to jest coś co będę chciał mieć u siebie kiedyś. Pokój dzieliłem z trzema starszymi dżentelmenami, jeden z nich - niemiec opowiadał o swojej wycieczce rowerowej podczas której zostawił żonę w domu a sam rzucił się w wir zwiedzania Holandii.
W międzyczasie jeszcze sprawdzam stan swojego konta i momentalnie bladne gdy widzę, że z konta ubyło mi 100 euro za tankowanie motocykla na bezobsługowej stacji. To najdroższe paliwo o jakim słyszałem, dziękuje swojej przezorności za zachowywanie każdego paragonu za tankowanie i dzwonie na infolinie banku chcąc zastrzec operacje, tam mi po którymś przełączeniu i ostatecznie oddzwonieniu wyjaśniają, że narazie środki są zarezerwowane a reklamować je będę mógł dopiero po zatwierdzeniu operacji, czyli za jakieś 2-4 dni. Ostatecznie po 2 dniach rachunek zostaje obciążony tylko kwotą za tankowanie, ale nerwów się troche najadłem i do tej pory nie rozumiem sensu blokowania takich kwot. Przez całą droge jeszcze kilka razy miałem blokowane większe sumy niż za samo tankowanie czy jedzenie. W Holandii dobrze też jest mieć dwie różne karty, ja miałem często problemy przy wypłatach z bankomatów i zakupach, karta Visa nie była obsługiwana.
Dzień piąty
Rano pobudka, śniadanie w formie szwedzkiego stołu, z przeogromna ilością składników, każdy znalazłby tam coś dla siebie. Spakowany tradycyjnie z samego rana ok 10 wyruszam na podbój Amsterdamu. Miasto bardzo ładne, usiane kanałami, ale nie do końca czyste, na mniej wystawnych ulicach sporo śmieci i stertu worków ze śmieciami. Same okolice kanałów mocno zatłoczone, ale udaje mi się gdzieś wcisnąć i pozwiedzać okolice. I po raz kolejny Amsterdam przypomina mi nieco Hamburg, ze względu na liczną reprezentacje bezdomnych, którzy najzupełniej zwyczajnie wylegują się wzdłuż kanałów, walcząc o miejsce z ptactwem i przechodniami. Pokręciłem się jeszcze trochę po okolicy i postanowiłem jechać dalej co wcale nie było takie proste.
Amsterdam w pigułce: kanały, woda, gołębie, bezdomni, rowery
Dalej nie rozumiem tego znaku...
Chciałem się kierować na południowy-wschód unikając autostrad i utknąłem w jednym miejscu gdzie interesująca mnie droga była zablokowana i nie dało się, chyba ze względu na biegnącą tuż obok autostradę znaleźć bliskiego objazdu. W końcu postanowiłem jednak skorzystać z dobrodziejstwa autostrady A2 objechać zablokowany kawałek zjeżdżając najbliższym możliwym zjazdem. Nie byłem pewien czy za holenderskie autostrady obowiązują jakieś opłaty, więc z sercem (i portfelem) pod gardłem nie rzucając się z oczy dojechałem do oddalonego o kilka kilometrów zjazdu, i jakież było moje zdziwienie gdy w połowie tegoż zjazdu zobaczyłem w lusterku niebieskiego koguta mrugającego tuż za mną. Nie zostało nic innego jak zatrzymać się. Postój zrobiłem jeszcze na zjeździe tuż przed samochodem z przyczepką kempingową gdzie właściciel wymieniał przebitą oponę. Zdejmując kask, w myślach liczyłem ile może być kary za jazdę po ichniejszej autostradzie bez winiety, bo po cóż innego mogliby mnie zatrzymywać. Kierowca radiowozu zdążył w tym czasie wyjść z samochodu i podejść do człowieka wymieniającego koło w przyczepce, a z miejsca obok wysiadła policjantka, kieruję na nią swój pytający wzrok a ona mi macha żeby jechał dalej a sama się zajęła ostrzeganiem nadjeżdżających samochodów przed niebezpieczeństwem. Uff... moje euro są tym razem bezpieczne.
W lepszym humorze jadę dalej aż nagle widzę jak nad moją drogą przelatuje samolot. Niee, takiej okazji nie przepuszcze, mimo znaków zakazu zatrzymywania się, robie postój i cykam fotki samolotom startującym i lecącym nad moją głową.
Kieruję się do miejscowości chyba znanej wszystkim którzy choć odrobine interesują się 2 wojną światową czyli Arnhem, mijając po drodze zwiedzany w dniu poprzednim obóz w Leusden. Kilka kilometrów przed Arnhem dostrzegam drogowskazy o lokalizacji dla spadochroniarzy. Zajeżdżam na parking i widzę ogromne puste pole gdzie lądowali skoczkowie i szykowali się do ataku. Moją uwagę zwróciła żołnierzy w amerykańskich współczesnych mundurach. Chwile ich poobserwowałem i jak grupka w końcu się rozbiła na dwie mniejsze postanowiłem podpytać co tutaj robią Okazali się amerykańskimi żołnierzami którzy przyjechali na rozpoznanie terenu, gdzie we wrześniu będą skakali w 70 rocznice bitwy pod Arnhem. Dorobiłem się pamiątkowej fotki z wojakami i popędziłem do Arnhem.
Kilka kilometrów dalej zatrzymałem się na cmentarzu żołnierzy którzy zginęli w walce o Arnhem w Oosterbeek, gdzie znalazłem kilkanaście nagrobków Polaków.
Dalej pojechałem na zwiedzanie Arnhem, można zajrzeć do jednego z muzeów, jest też kilka pomników i pamiątkowych tablic, ale nic nie przykuło mocno mojej uwagi.
Jako że była już pora poobiadowa skierowałem się na południowy zachód w okolice miejscowości Vugh gdzie po krótkich poszukiwaniach znalazłem nocleg w gospodarstwie agroturystycznym w wiosce Vlijmen, gdzie dojechałem późnym wieczorem. Kręcąc się po takich okolicach można zakochać się w Holandii, podróżujesz uroczą uliczką, gdzie po bokach stoją świetnie utrzymane stare zabudowania, przeplatane tymi nowszymi z ogromnymi frontowymi oknami przez które można zajrzeć sąsiadom do domu bo nikt tu właściwie nie zna firanek, iście sielski klimat. Koszt noclegu to 15,5 euro. Tym razem przygotowałem się i na kolacje zakupiłem sobie po drodze świeżo zerwane smaczne wisienki i truskawki, to miała być moja odmiana, po tradycyjnej kolacji składającej się z herbaty i ciastek. Na miejscu zakupiłem jeszcze miejscowe piwa za ostatnie wolne euro. Przejechałem dziś 268 kilometrów, mam małą tendencje spadkową, co nie wróży dobrze.
Ale nie jadłem sam, na miejscu była zagroda z czterema zabawnymi kózkami które równie chętnie co ja pałaszowały moje zakupy.
Późnym wieczorem tradycyjnie zaczęło grzmieć by w nocy się rozpadać.
Dzień Szósty
Tym razem wstałem rano, ponieważ miałem do odwiedzenia jedno z ważniejszych miejsc, ale o tym poźniej. Po wysuszeniu namiotu, śniadaniu i podkarmieniu kózek resztkami śniadania wyruszyłem do Vugh... skąd musiałem się zawrócić na poszukiwanie bankomatu, ponieważ nie można było płacić kartą na miejscu, a zostało mi tylko kilka euro w kieszeni po wczorajszych zakupach i zapłaceniu za nocleg. Na poszukiwania straciłem prawie godzine odwiedzając w tym czasie kilka okolicznych bankomatów, które jak na złość nie akceptowały żadnej z moich kart, ale w końcu się udało i wróciłem na miejsce.
Pomnik, pomordowanych żydowskich dzieci, naliczyłem kilkanaście polskobrzmiących nazwisk.
Obóz koncentracyjny Vugh ma dość ciekawą historię, na początku w latach 1942-44 był to obóz koncentracyjny, głównie dla żydów, po wojnie do 1949 roku pełnił rolę obozu dla kolaborantów by poźniej stać się obozem dla kolonistów z opuszczanych holenderskich kolonii, w tym dla tubylców którzy w swoim kraju opowiedzieli się po stronie holenderskiej przez co po wyniesieniu się wojsk holenderskich groziła im śmierć. Obóz miał dla nich być krótkotrwałym miejscem zamieszkania, a skończyło się na długotrwałym pobycie, można powiedzieć że wychowało się tam jedno dorosłe pokolenie, przez co dochodziło w tym miejscu do konfliktów, ponieważ ludzie ci nie mieli pracy, nie mogli opuścić miejsca, powstało takie zamknięte getto. Jest temu poświęcona oddzielna wystawa w miejscu dawnej obozowej kuchni.
Z Vugh udałem się do nieodległej miejscowości znanej głównie fanom serii filmów i krótkich komediowych skeczów miejscowości Maskantje. To tu swoje przygody mają bohaterowie serii New Kids Turbo. Zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie przy znaku z nazwą miejscowości, sądząc po ilości naklejek na nim jest to dość częste miejsce odwiedzin, oraz przy barze gdzie bohaterowie często sieją zniszczenie.
Bardzo żałowałem, że barek był otwarty dopiero po 16, nie miałem czasu czekać prawie 4 godzin na to żeby w miłych okolicznościach coś przekąsić, musiałem jechać dalej. Będę miał przynajmniej okazje do zajechania tu jeszcze raz.
Z Maskantje popędziłem na zachód, do okolic Bredy, gdzie miałem do zwiedzenia kilka ciekawych miejsc. Pierwszym był zdobyczny czołg Pantera pozostawiony przez polskich żołnierzy 1 Dywizji Pancernej dowodzonej przez generała Maczka. Przy czołgu postanowiłem podpytać miejscowych o cmentarz na którym leży śp. generał Maczek. Trafiłem na dość ekscentryczną parę, która na szczęście wskazała mi drogę, oraz wspomniała o tym jak mieszkańcy są wdzięczni polakom za wyzwolenie miasta. Pan znał nawet kilka słów po polsku, pożegnał mnie swojskim "dziękuje".
Tuż obok stoi pomnik upamiętniający wyzwolenie miasta, na którym polski orzeł walczy z niemieckim.
Samo miasto w spokojniejszych dzielnicach wygląda jak na zdjęciu poniżej, cisza, spokój, w kanałach stoją łódki i mieszkalne barki. Chciałoby się w takiej zamieszkać, zwłaszcza że przeprowadzka musi wyglądać mega prosto.
W mieście i okolicy są 3 cmentarze Polskich żołnierzy, pierwszy jaki odwiedziłem był cmentarz przy Ettensebaan, gdzie obok swoich żołnierzy pochowany został sam generał w 1994 roku. Cmentarz musiał być niedawno odwiedzany bo na miejscu zastałem proporczyki jednego z automobilklubów i świeże, aczkolwiek mokre znicze. Po przesuszeniu udało mi się je odpalić. Sam cmentarz nie ma pobliskiego parkingu i nie ma się jak zatrzymać w pobliżu, mi się udało po zatoczeniu koła przejechać bezpiecznie dystans od skrzyżowania do wejścia po chodniku.
Drugi z cmentarzy znajdował się w dzielnicy Ginneken przy ulicy Vogelenzaglaan.
Ostatni z cmentarzy znajduje się w dzielnicy Oosterhout przy ulicy Veerseweg.
Plan zwiedzania na dziś wykonałem, nie zostało mi nic innego jak podjechać bliżej Eindhoven, które chciałem zaatakować jutro z samego rana. Nocleg znalazłem w miejscowości Bladel przy ulicy Bredasebaan 20. Po zajechaniu na miejsce rozpocząłem szukania właściciela przybytku, którego nie znalazłem. Jeden z gości polecił mi zadzwonić pod numer na tablicy ogłoszeniowej. Tam głos w słuchawce powiedział mi, że nie będzie go dzisiaj na miejscu ani jutro i jak chcę przenocować żebym wrzucił do skrzynki na listy 10 euro i sprawa załatwiona. Bardzo ludzkie podejście do sprawy. Rozgościłem się na miejscu, uraczyłem na kolacje kolejnymi zakupionymi niedaleko piwami i tak doczekałem nocy. Dla potrzebujących jest wifi i pralkoszuszarka, rano przyjeżdża pan ze świeżym pieczywem.
Dziś nie udało mi się przejechać większej ilości niż dnia poprzedniego, ledwie 205 km nawinięte na koła.
Dzień Siódmy
Na szczęście i dziś suszenie namiotu nie trwało zbyt długo, bo w nocy mało padało. W planach miałem opuszczenie Holandii w której zakochałem się od pierwszego dnia, ale zanim to nastąpiło pojechałem już tradycyjnie w deszczu do nieodległego Eindhoven i okolic niezwykle bogatego z pamiątki po drugiej wojnie światowej.
Pierwszym obiektem który wpadł mi w obiektyw była wieża kościoła przy ulicy Vlokhovenseweg. Została ona ostrzelana po zabiciu przez niemieckiego snajpera kapitana Kileyego. Na samej górze widnieją wokół okien ślady po kulach.
Kolejnym miejscem do którego zajechałem był cmentarz przy ulicy Baffinlaan. Znalazło się tam miejsce na kilkanaście grobów polskich wojaków.
Następnie opuściłem granice Eindhoven i zajechałem na farme Paulushoef. Znana jest z tego, że stanowiła znacznik do zrzucenia spadochroniarzy ponieważ nazwa ta była widoczna na szopie i stanowiła doskonały punkt znacznik dla pilotów samolotów. Później budynek pełnił role szpitala polowego.
Na miejscu jest mały pomnik oraz płyta pamiątkowa upamiętniające to zdarzenie.
Teren był prywatny, mieszka tam jakaś rodzina ale najwyraźniej była przyzwyczajona do odwiedzin gości, bo nikt z domowników nie zwrócił na mnie większej uwagi, poza strzegącym podwórka pieskiem, od którego nie można się było uwolnić. W zamian za cisze domagał się bezustannego głaskania
Eindhoven jak i cała okolica jest usiana miejscami pamięci, muzeami itp, chcąc zwiedzić wszystkie można tu spędzić kilka dni, ja tyle czasu nie miałem, czas powoli opuszczać Holandię. Jeszcze tylko po drodze pamiątkowa fotka przy młynie których wcale tak dużo nie było jak się spodziewałem i tuż przed 14 wjechałem na teren Belgii.
-----
Belgia to kolejne nowe doznania, ruch wygląda bardzo podobnie, daje o sobie znać wysoka kultura jazdy, nikt nie szaleje po drogach, zaczynam się do tego przyzwyczajać, ale za to budynki na wsiach są dużo starsze, często budowane z kamienia, i wyglądają prześlicznie. Zupełnie inny rodzaj uczty dla oka niż w Holandii. Im mniejsza wioska czy miasteczko tym bardziej urokliwe stare zabudowy.
Dalsze dwie godziny zajął mi dojazd do Henri-Chapelle, ogromnego cmentarza w którym spoczywa prawie osiem tysięcy żołnierzy Amerykańskich zabitych podczas drugiej wojny światowej. Jest ogromny, największy jaki do tego dnia oglądałem na żywo.
Ruch bardzo niewielki, na tym ogromnym obszarze spotkałem ledwie kilkanaście osób, przy niektórych nagrobkach znajdywałem karteczki i bukieciki z kwiatami - czasem niektóre rodziny odwiedzają swoich bliskich. Powoli wyrabiam sobie nawyk szukania na cmentarzach polskobrzmiących nazwisk, i tu ich znalazłem kilkadziesiąt, ale wiem że to byli nasi rodacy którzy już dawno zmienili ojczyzne.
To był ostatni zaplanowany obiekt na dziś, minęła godzina 17 i powoli kierowałem się na zachód szukać noclegu w okolicy kolejnego miejsca które miałem zamiar jutro odwiedzić czyli kolejnego miejsca spoczynku żołnierzy z drugiej wojny.
Leniwie pokonałem kilkanaście kilometrów oglądając śliczne widoki gdy wtem moim oczom ukazał się... różowy czołg! Nie mogłem tej okazji przepuścić.
Czołg stoi przed wjazdem do fortu d'Aubin-Neufchâteau. Spędziłem na nim kilkanaście minut skacząc po nim i zaglądając do środka jak dziecko które dostało nową zabawke. Postanowiłem dla potomności zrobić zdjęcie od frontu, w tym celu straciłem kilka minut lawirując Yamahą po nierównym i stromym podjeździe przed samym czołgiem tak żeby dało się przed czołg wjechać "na wstecznym" bo inaczej nie dałoby się wyjechać z dołka, ale było warto.
Gdy już nacieszyłem swoje oczy czołgiem ruszyłem dalej, zatrzymując się w miejscowości Cheratte na zakupy. Dopiero tutaj miałem okazje zobaczyć jak wyglądają okolice zamieszkałe w całości przez imigrantów z bliskiego wschodu. Dodatkowo okolice straszyły chyba zamknięte już zabudowania kopalni i innych fabryk.
Nie było to miłe uczucie, gdy zewsząd obserwowały cię mało przyjazne twarze dla których byłem intruzem, zrobiłem szybkie zakupy i opuściłem czym prędzej tą okolice. Małe miasteczka zamieszkane przez rdzennych mieszkańców, o czym miałem się w ciągu najbliższych dni przekonać, są o wiele bardziej przyjazne, przejechałem jeszcze Liege, gdzie przekroczyłem rzekę La meuse i zacząłem poszukiwać kempingu na dzisiejszą noc. Znalazłem w miejscowości Esneux kamping o nazwie Lex Mueres, kilka kilometrów od mojego jutrzejszego pierwszego punktu zwiedzania. Po krótkiej rozmowie z właścicielką kempingu okazało się, że ma ona polskie korzenie. Miłe spotkanie. Koszt kempingu to 14,5 euro. Na miejscu jest mały sklepik więc można co potrzebniejsze rzeczy (ciastka, alkohol itp) kupić, choć standard sanitariatów nie powala, ale przecież nie przyjechałem tam ciągle siedzieć. Spóźniłem się niestety na słynne belgijskie frytki i inne przysmaki serwowane przez męża właścicielki kempingu. Kończąc dzień przy piwie wypytywałem szefową tego przybytku o życie w Belgii i oczywiście o ważne dla belgów miejsca związane z wojną. Dostałem wtedy broszurkę reklamową z ciekawymi miejscami na terenie kraju i namiarem na bardzo ciekawe muzeum po drodze, które dopisałem do swojego spisu.
Dystans pokonany dzisiaj - 273 kilometry.
Dzień Ósmy
Tej nocy chyba nie padało, ale teren i tak był mocno przesiąknięty wodą, widać że deszcze nie dały Europie w lipcu wytchnienia. Tradycyjnie już z miejsca noclegu wyruszam ok 10 i dośc szybko dojeżdżam do kolejnego wielkiego cmentarza w miejscowości Neupre, nazywającego się Neuville-en-Condroz położonego ledwie 11 kilometrów od mojego kempingu. Na cmentarzu tym spoczywa prawie 5,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy z okresu 2 wojny światowej. Mimo że jest mniejszy niż wczorajszy i tak robi wrażenie.
Następnie skierowałem się na zachód do miejscowości Stoumont gdzie leży muzeum December 44. Odwiedzających wita na samym początku wspaniały okaz: Tygrys Królewski. Robi wrażenie nie tylko swoimi wymiarami.
Ten kociak ma naprawdę grubą skóre
Muzeum to przebogata kolekcja mundurów, uzbrojenia z czasów wojny, swoją wystawę ma także niemiecki as pancerny Joahim Peiper który dał się mocno w kość aliantom.
Na koniec zwiedzania można zajrzeć do muzealnego sklepiku i zakupić nieco pamiątek, część z nich wygląda na oryginały, ceny powodujące zawrót głowy też sugerują, że nie mamy do czynienia z kopiami.
Ze Stoumont udałem się w kierunku dwóch miejscowości które zaświtają chyba każdemu kto ma choćby blade pojęcie o wojnie na zachodzie europy, były to Recogne i Bastogne. Specjalnie jechałem bocznymi uliczkami tego lekko górzystego regionu i podziwiałem spokojnie widoki, niestety już znowu w deszczu.
Kilka kilometrów przed Recogne trafiłem na cokół na którym stała Pantera w miejscowości Houffalize, z czasem już lekko powszedniały wszelkiej maści pomniki na które natrafiałem dość często, zwykle były to wszelkiej maści pomniki ważnych wojskowych oficjeli i innych żołnierzy.
Najpierw zajechałem do Recogne i trafiłem na cmentarz żołnierzy niemieckich z 2 wojny światowej na którym spoczywa prawie 7 tysięcy wojaków. Jest sporo mniejszy od dwóch poprzednich gigantów, za sprawą krzyży na których widniały po 2-6 nazwiska, przeważnie niemieckobrzmiące. Postanawiam pożyczyć z kapliczki kilka małych zniczy które zamierzam postawić w innych miejscach, zostawiam kilka euro w puszcze z datkami i ruszam na zwiedzanie
Dalej udałem się do Bastogne, tutaj zatrzymałem się na dłużej, nie tylko z powodu małej ulewy. Na samym początku trafiłem na znany ze zdjęć kościół.
Nieco dalej w centrum miasta stoi czołg Scherman z dziurami w kadłubie
Na miejscu spotkałem dwóch niemców z którymi się mijałem wcześniej w muzeum, kto wie może wyruszyli śladem swoich dziadków na zwiedzanie...
Z Bastogne udałem się dalej na południe ku granicy z Francją którą przekroczyłem krótko po godzinie 17. Samo przejście było iście magiczne, aż zawróciłem się żeby zrobić pamiątkowe zdjęcie. O granicy między dwoma państwami świadczył samotny znak na skraju lasu. Wyjechałem z lasu i dalej już przez większość czasu jechałem drogą rozdzielającą pola.
Po przekroczeniu granicy zbliżając się do Verdun z każdym przejechanym kilometrem wzrastała zdaje się wręcz geometrycznie liczba starych wojskowych cmentarzy, zarówno z 1 jak i 2 wojny światowej, oraz wszelkiej maści bunkrów i okopów.
Na jednym z cmentarzy z 1 wojny natrafiłem na dość ciekawe zestawienie, zwłaszcza że jest to cmentarz niemiecki.
Wreszcie kilka kilometrów przed Verdun trafiłem w miejscowości Charny-sur-Meuse na ciekawy kemping położony tuż przy jeziorze. Jedną z jego niezaprzeczalnych zalet była zaskakująco niska cena - 5 euro. Nie miał 5 gwiazdek, ale w zupełności wystarczał. Rozstawiłem się tuż przy jeziorku, tak że miałem zapewnione wieczorne wrażenia słuchowe w postaci kumkających żab. Dla leniwych na miejscu można zaopatrzeć się w podstawowe zakupy, czyli jakieś słodycze i alkohol. Co jest o tyle przydatne, że jak się podczas wyjazdu okazało na zachodzie europy w małych miasteczkach bardzo często sklepy są zamykane już po 17-18. Dzień nie byłby dniem udanym gdyby późnym wieczorem się tradycyjnie nie rozpadało, po raz kolejny mój namiot posłużył mi także za kuchnie, i tam razem nic nie spłonęło. Trafiłem akurat na jakiś miejscowy festyn, więc często kumkanie było zagłuszane przez głośną dyskotekową muzykę graną tuż przy kempingu, by po 22 być świadkiem całkiem niezłego pokazu sztucznych ogni. Tradycyjnie także musiałem pożyczyć od innych kempingowiczów prądu do podładowania telefonu i aparatu. To chyba pierwszy kemping gdzie nie było już normalnych toalet tylko te słynne dziury w ziemi, jakoś nie mogę się do nich przyzwyczaić, ale przynajmniej nie ma problemu z zajętością toalet, w końcu kto będzie w stanie wytrzymać długo w kuckach. Po sprawdzeniu przebiegu okazało się że zrobiłem dzisiaj 255 km, nie za dużo.
Dzień dziewiąty
Pobudka w słoneczny poranek pozwalała mieć nadzieję na ładną pogodę w poźniejszych godzinach. Na początek jednak nie obeszło się bez suszenia namiotu po pozostałości z nocy i solidnego śniadania z tego co wczoraj udało mi się zakupić już we francuskim hipermarkecie, czyli musiałem wdusić w siebie całą bagiete wypchaną tym co nie dałem rady zjeść wieczorem. Potem postanowiłem pozwiedzać nieco moje miejsce noclegu. Spotkałem Pana który wyprowadzał swojego kotka na spacer na smyczy, po krótkiej rozmowie okazało się że miał dziadków, czy pradziadków polaków.
Całkiem ciekawym zjawiskiem był dżentelmen który kosił elektryczną kosiarką terem wokół swojego kampera, tak żeby mieć wygodne dojście do jeziorka. bardzo oryginalnie.
Nie zdążyłem dobrze rozgrzać silnika, ba nie zdążyłem nawet się porządnie usadowić gdy napotkałem pierwszy nieplanowany przystanek, jeszcze w tej samej miejscowości w której nocowałem, dość duży cmentarz z 1 wojny światowej. Po jego zwiedzeniu tym razem postanowiłem pokierować się do Ossuarium Douaumont zgodnie z drogowskazami. Zrobiłem chyba dobrze bo trafiłem na iście malowniczą drogę o oznaczeniu D931B gdzie było od zatrzęsienia pamiątek z 1 wojny światowej, długie linie okopów biegnące tuż przy drodze, całe dość pokaźne bunkry i kompleksy bunkrów wraz z tabliczkami informacyjnymi co w nich było. Droga do Ossuarium mimo że to ledwie kilka kilometrów od noclegu zajęła mi ponad godzinę. Okazji do zejścia z motocykla i zagłębienia się w las na zwiedzanie okolicznych atrakcji było od zatrzęsienia. Widać że ta okolica swego czasu wiele przeszła. W końcu stwierdziłem że jak dalej będę robił tyle przerw to do południa nie dojade na miejsce i ruszyłem dalej, obiecując sobie że jeszcze kiedyś tu wrócę i dokładniej zwiedzę okolice.
Czasem starczy zejść z głównej drogi, zagłębić się w las słabo widoczną ścieżką by trafić na liczne fortyfikacje, zwykle nic nie jest zamykane, można wszędzie wejść, czasem nad wejściem widnieje tabliczka o niebezpieczeństwie i to wszystko. Bardzo często przy poszczególnych bunkrach i okopach widnieją tabliczki informacyjne i okolicznościowe.
Po dojechaniu, niczym w słynnej scenie z filmu "Nic śmiesznego" ukazał mi się "las krzyży". Samo Ossuarium to budowla powstała w 1932 roku na cmentarzu wojskowym upamiętniająca żołnierzy którzy polegli w bitwie pod Verdun. Na miejsce udało mi się dojechać wraz z grupką około 10 motocyklistów, w zamian za pomoc przy zrobieniu im pamiątkowego zdjęcia sam załapałem się na jedno z nimi.
Dla przypomnienia w samej bitwie pod Verdun śmierć poniosło ponad 300 tyś żołnierzy każdej ze stron, straty całkowite to ponad 700 tysięcy zabitych, rannych i zaginionych. W budowli tej spoczywa ponad 130 tysięcy żołnierzy francuskich i niemieckich których tożsamości nie udało się ustalić, spoczywają w podziemiach i kości niektórych z nich można podziwiać przez szyby na zewnątrz budynku, część szczęściarzy których udało się zidentyfikować została pochowana w imiennych kryptach wewnątrz budowli. Wewnątrz jest zakaz fotografowania, zarówno samych krypt jak i wystaw powyżej, do podziemi nie da się zejść. Ale udało mi się wykonać dla potomności kilka zdjęć z ukrycia. Na górze porócz wystawy można się przyjrzeć dzwonom które o ile dobrze pamiętam co godzine biją, lepiej nie być tam w tym momencie bo są całkiem spore i hałas musi być nieziemski, ale sam widok zapiera dech w piersi.Koszt wstępu to 6,5 euro.
Widok na jedną strone cmentarza z góry. Druga wygląda analogicznie.
Na gigantycznym cmentarzu na zewnątrz spoczywa przeszło 25 tysięcy żołnierzy francuskich poległych podczas bitwy pod Verdun i niewielki odsetek poległych podczas drugiej wojny światowej. Poruszając się drogą dookoła cmentarza widnieje kilka pomników, między innymi żołnierzy muzułmanów poległych podczas bitwy.
Jest to jeden z największych cmentarzy na terenie Francji. i jestem całkowicie w stanie się z tym zgodzić.
Kości poległych.
Wnętrze Ossarium, kiepsko zdjęcia wyszły, ale nie mogłem się bardziej przyłożyć ze względu na przestrzegany zakaz fotografowania.
Nie wypadało nie zostawić swojej świeczki. W zamian za niewielkie co łaska oczywiście.
Po zwiedzeniu całego dostępnego Ossuarium Douaumont skierowałem się do odległego o kilka kilometrów fortu Douaumont. Został on wybudowany na wzniesieniu jako jeden z 19 fortów chroniących Verdun w 1885 roku.
Po zapłaceniu kilku euro można wejść do środka, dostaje się instrukcje, można wybrać kilka języków, w tym również i nasz ojczysty. Chyba tłumaczył ją jakiś stary program do tłumaczeń bo jest napisana strasznie, ale czytać się da, czasem tylko się uśmiechając. Jednym z najciekawszych obiektów w forcie jest konstrukcja działa które wysuwało się z dachu. Cała konstrukcja ważyła grubo ponad 100 ton.
Instrukcja-przewodnik prowadzi krok po kroku po najważniejszych miejscach fortu, objaśnia znaczenie każdego ważnego pomieszczenia i kilku ważnych w historii fortu miejsc.
Drugim fortem do którego zajechałem był Fort de Vaux, można do niego wejść na wspólny bilet z poprzednim fortem kosztujący 4,5 euro. Można go w zasadzie opisać identycznie, w końcu spełniał identyczną formę, nawet legenda po polsku była napisana z błędami. Ale za to na recepcji siedziała śliczna francuzeczka, jak z obrazka.

Po zwiedzeniu dokładnie wnętrza fortu, i obejściu go dookoła, podziwiając wyrwy w budowli, powyrywane metalowe kopuły i setki lejów po pociskach skierowałem się do samego Verdun, mijając po drodze budowany dopiero wielki memowial o nieznanych mi kształtach. Najciekawszym miejscem był, jak się można spodziewać wojskowy cmentarz z ekspozycją kilku starych armat, przytulony do cmentarza komunalnego. W centrum cmentarza był ładny pomnik w formie krzyża.
Podpaliłem zalane deszczówką znicze i postanowiłem rzucić okiem na to co jest za płotem zza którego widniały przedziwne "daszki". Owymi daszkami okazały się dachy małych krypt. Większość z nich miały finezyjne zdobienia, sporo było dość starych, ich mieszkańcy muszą tam spoczywać dobre kilkadziesiąt lat. Bardzo urokliwe miejsca.
Oko moje przykuła także dość jednoznaczny w swojej wymowie nagrobek, sugerujący że spoczywa pod nim motocyklista z krwi i kości, gnający teraz pewnie po niebiańskich autostradach.
Z Verdun pognałem co sił w gaźnikach nieco okrężną drogą do Argonne - kolejnego dużego cmentarza wojennego, tym razem kryjącego pod równo przystrzyżoną trawą wojaków zza wielkiej wody. Ale zanim to nastąpiło jadąc kilkanaście kilometrów malowniczą drogą numer D964 wśród pól mijając co jakiś czas małe wioseczki natrafiłem na zaparkowany przy cmentarzu żołnierzy motocykl. Po przeczytaniu kto w nim spoczywa, spodziewałem się właściciela o imieniu Hans, Sztefan lub Jurgen, ale o dziwo dosiadał go rodowity anglik. Porozmawiałem z nim kilka chwil, okazało się że wybrał się na zwiedzanie okolicy Verdun podczas swojego kilkudniowego urlopu. Żeby było ciekawie za obiekty do zwiedzania obrał sobie takie same co ja. Cóż za zbieg okoliczności. Po tym uścisnęliśmy sobie dłonie, życzyliśmy szerokiej drogi i każdy udał się w swoją strone. Ja na cmentarz, a mój nowy znajomy pomknął w siną dal. Po kilku minutach i ja ruszyłem w dalszą drogę na północ. Ale znowu nie ujechałem daleko ponieważ tabliczki informacyjne wskazywały na cmentarz wojenny nieopodal, chcąc nie chcąc udałem się tak jak one mi wskazywały. Mijając stojący samotnie w polu spichlerz kątem oka uchwyciłem mały pomniczek przy drodze, taki jakich sporo mijałem od kilku dni. Tym razem postanowiłem przyjrzeć się mu. Poświęcony był Jamesowi D. Rivietowi, który zginął bohaterską śmiercią w 1918 roku.
Po chwili popędziłem dalej w poszukiwaniu dużego cmentarza Meuse-Argonne. by po dłuższej chwili zajechać na spory plac z którego roztaczał się widok na ogromny teren pokryty tradycyjnie białymi ustawionymi w nienagannym rządku krzyżami i gwiazdami dawida, i tutaj udało mi się znaleźć kilkanaście polskobrzmiących nazwisk. Do dużej kaplicy w której pochowani są niezidentyfikowani żołnierze idzie się malownicza alejką przez sam środek cmentarza. Wzdłuż alejki prowadzącej do kaplicy i drugiej prostopadłej do niej rosną w równych rządkach drzewa dające cień. Na cmentarzu tym spoczywa łącznie ponad 14 tysięcy amerykańskich żołnierzy, którzy zginęli podczas 1 wojny światowej. Na parkingu dostrzegłem znajomego mi z dnia dzisiejszego Triumpha, po drodze na górę minąłem się z jego właścicielem, wymieniliśmy po raz kolejny pozdrowienia.
Czas najwyższy opuścić chwilowo Francje i wrócić do Belgii, do granicy niedaleko. Zanim ją przekroczyłem zatrzymałem się jeszcze na chwilke przy cmentarzu w Buzancy gdzie spoczywają Niemcy polegli w latach 1914-1918, potem do granicy minąłem jeszcze kilka pomników, również żołnierzy niemieckich. Jak widać Francuzi nie cierpią na aż taką niemcofobie, i mimo tego co razem przeszli szanują swoich i nie swoich poległych. Od przekroczenia granicy do samej Brukseli gdzie miałem umówiony nocleg droga przebiegła już bez większych przeszkód, ograniczyłem sie tylko do przerwy na tankowanie, wizyty w Charleroi gdzie nie znalazłem tego czego szukałem, za to po raz kolejny wjechałem z niezbyt przyjazną dzielnicę i krótkiego postoju przy pomniku w Waterloo. Jednego z większych zawodów podczas wyjazdu. Nic ciekawego szczerze mówiąc tam nie znalazłem, może gdyby była wcześniejsza pora i dało się wejść na górę zmieniłbym zdanie.
Krótko przed 22 wjechałem do Brukseli, przedmieścia dały mi ciekawą nauke, nie wiedziałem jakie są mandaty w Belgii, do czasu gdy na wyświetlaczu zamocowanym przy drodze była podawana aktualna prędkość i mandat jaki grozi za jazdę z nią, już kilkanaście km za dużo potrafi spustoszyć kieszeń przeciętnego Polaka, strach myśleć co jest przy wyższych prędkościach. Skutecznie zachęciło to do respektowania ichniejszych przepisów. Nocleg miałem u znajomego jeszcze z czasów studiów, w całkiem ciekawej okolicy, kilka minut od placu Cinquantenaire.
Łuk triumfalny na placu Cinquantenaire późną porą.
Arek oprowadził mnie krótko po najbliższej okolicy, powiedział gdzie i co mogę ciekawego dla mnie zwiedzić, po czym po szybkich zakupach, wróciliśmy do jego mieszkania, uczcić mój przyjazd.
Przejechałem dziś 317 km i z coraz większym zaniepokojeniem śledzę postępy na trasie, zaczynam się coraz bardziej zastanawiać które z założonych punktów na trasie będę zmuszony pominąć bo przyśpieszyć zwiedzanie się nie da, w pierwszej kolejności pada na Paryż i okolice, którego zwiedzenie miało mi zająć dwa do trzech dni. Będzie okazja żeby raz jeszcze się wybrać w te rejony.
Dzień Dziesiąty
Pobudka z samego rana, tym razem na prawde bo Arek musiał iść rano do pracy, krótkie pożegnanie Arek idzie do pracy a ja ruszam do boju. Po wczorajszym dzień bez deszczu dzisiaj zostało tylko wspomnienie, krótko po odjeździe, już zaczęło kropić. Arek zaproponował mi zwiedzenie w pierwszej kolejności 2 wystaw przy placu Cinquantenaire. Zanim to zrobiłem pokręciłem się chwile po okolicy, zjadłem śniadanie w Macu i przejechałem obok europarlamentu, który właściwie niczym szczególnym się nie wyróżnia i zajechałem już podczas padającego lekkiego deszczu na plac Cinquantenaire zwiedzić wystawę w Królewskim Muzeum Armii. Jest tam przeogromna kolekcja sprzętów związanych z wojną, od mundurów, po wszelkiej maści broń, wszystko podzielone jest na poszczególne okresy. W budynku obok jest jeszcze wystawa samolotów i kilku pojazdów pancernych. Wejście jest za darmo, żeby wszystko obejrzeć trzeba sobie zarezerwować przynajmniej 3-4 godziny.

Największe wrażenie wywarło we mnie zamknięcie dużego Boeinga w hali, ale inne samoloty również były bardzo ciekawe.
Na miejscu jest jeszcze Auto Museum dla chętnych, już płatne.
Opuszczam już w deszczu Bruksele i udaje się na północ do oddalonego o 30 kilometrów fortu Breendonk który w czasach 2 wojny światowej pełnił role więzienia ale również ze względu na warunki w nim panujące nazywany był także obozem koncentracyjnym, chociaż raczej nie można tego porównywać z prawdziwymi obozami. Fort został zbudowany w 1906 roku, i miał przeznaczenie militarne, wszystko się zmieniło wraz z nadejściem niemców dla których był to doskonały obiekt do przetrzymywania więźniów. Jest on o tyle ciekawą budowlą, że otacza go kilkumetrowej szerokości fosa. Wstęp na teren fortu kosztuje 8 euro, dostaje się elektronicznego przewodnika i można ruszać na zwiedzanie. Jest bardzo dobrze zachowany, w środku można zwiedzać dobrze zachowane cele, miejsca odosobnienia, sale przesłuchań, a raczej wydobywania niezbędnych informacji itp, przewodnik zawiera relacje byłych więźniów pozwalające dokładniej uświadomić sobie co się działo w poszczególnych pomieszczeniach.
Dalej nie zostało mi nic innego jak skierować się na zachód w kierunku granicy z Francją. Po drodze mijam jeszcze kilka wojennych cmentarzy w okolicy miejscowości Ieper, w okolicy której toczyć sie musiały zaciekłe walki w czasach 1 wojny światowej, bardzo ciekawy pomnik kanadyjskich żołnierzy którzy zginęli w ataku gazowym, makietę czołgu z 1 wojny i... pościg po ulicach miasteczka za osiołkiem który wybrał wolność i nie chciał dać się złapać biegając między samochodami.
W samej okolicy Ieper (dawniej Ypres) jest kilkanaście przeważnie małych cmentarzyków, często spoczywa w nich po kilkanaście żołnierzy, a czasami jak w przypadku cmentarza New Irish Farm prawie 1500. Miejscowość Ypres znana jest najbardziej z tego, że 22.04.1915 roku niemcy po raz pierwszy użyli podczas wojny gazu bojowego, 180 ton chloru.
Kilka kilometrów za Ieper, tuż przy granicy z Francja znajduje po krótkich poszukiwaniach przyzwoity kemping w miejscowości Ypra z noclegiem za 10 euro. Jest to dość duży kemping, można sobie wybrać miejsce na namiot lub wynająć domek holenderski. Ja usadawiam się na jednym z rogów kempingu w fajnej wnęce w lesie obok 2 innych namiotów. Tradycyjnie muszę pożyczyć prąd do ładowarki od mieszkańców pobliskiej przyczepy kempingowej. Dystans pokonany tego dnia to skromne 215 kilometrów.
Dzień jedenasty
Rano pobudka, suszenie namiotu po lekkim deszczu w nocy, szybkie śniadanie i ruszam na podbój francji. Dziś wreszcie będe miał okazje zobaczyć morze i dojadę wreszcie do słynnej Normandii. Do pierwszego miejsca miałem niecałe 120 kilometrów, z czego spora część drogi wiodła wzdłuż linii brzegowej. Nowościa dla mnie były znaki informujące której strony jezdni należy się trzymać, wygląda to na przypomnienie angielskim kierowcom że nie są już u siebie. Krótko przed godzina 13 zajeżdżam na miejsce, muzeum Bateria Todt, z ogromnym działem kolejowym K5, zwanym szczupłą Bertą. Po zapłaceniu 11 euro wchodzę na teren, zaraz za starym angielskim małżeństwem które przyjechało ładnym BMW k 1600. Po obejściu bunkra dookoła i zwiedzeniu działa udaję się do muzeum. W środku podążając wzdłuż dróżki dydaktycznej, podziwiając bogata kolekcje broni, wyposażenie i poznając historie budowy obiektu by ostatecznie trafić do najciekawszego miejsca, gdzie miało spoczywać gigantyczne działo o kalibrze 380mm, o zasięgu niemalże pozwalającym razić brzeg Anglii.
Widok z przed lufy
Bateria ta swą nazwę ostatecznie dostała na cześć swojego budowniczego, zmarłego krótko wcześniej założyciela organizacji Todt, która służyła do budowy obiektów wojskowych w hitlerowskich Niemczech, która pobudowała między innymi ten obiekt.
Kupując bilet w muzeum uzyskuje się jednocześnie zniżkę na wejście do położonego kilka kilometrów dalej drugiego muzeum, koszt zniżkowego biletu to 9,5 euro. Jest tam spora kolekcja broni, mundurów, całe ładnie przygotowane stoiska bojowe, a na zewnątrz stoi kilka dział i pojazdów wojskowych.
Po zwiedzeniu muzeum nie pozostało mi nic innego jak niespiesznym tempem udać się dalej na zachód w okolice Caen, gdzie w dniu kolejnym chciałem zabrać się za zwiedzanie. Droge obrałem tak żeby ponacieszać jeszcze nieco oczy woda, i choć na chwile zamoczyć buty w słonej wodzie, to mój morski chrzest w tym roku. Udało się jechać malownicza krętą drogą przez małe miasteczka, mając w zasięgu oczu po prawej stronie morze. Gdy oderwałem się już nieco od linii brzegu, w jednym z uśpionych po południu miasteczek zatrzymałem się na małą kawe i rozprostowanie kości. Trafiłem na mega urokliwe miejsce, stary budynek, w którym była chyba jeszcze starsza stacja paliw i mała kawiarenka-bar.
Z ogromnym trudem udało mi się zamówić małą kawe z cukrem i mlekiem, najgorzej było z mlekiem. niestety Francuzi, zwłaszcza ci starsi nie mają w zwyczaju znać jakichkolwiek innych języków oprócz ojczystego. Mało brakowało a dla zobrazowania mleka bym zamuczał, ale obeszło się bez występu. Rozgościłem się wewnątrz podziwiając kolekcje wypchanych zwierzaków jak i reszte wystroju tego ciekawego miejsca.
Ruszyłem dalej w drogę i po godzinie 20 dojechałem w okolice Yport i rozpocząłem szukanie noclegu, kempingów w okolicy jest sporo, ale w okresie wakacyjnym są juz dość mocno obłożone i straszą cenami. Ostatecznie oddaliłem się nieco od Yport i znalazłem w miarę tani kemping z fantastycznym widokiem na morze i bardzo stromy brzeg. Wszystko to stanowiło fantastyczny widok na koniec dnia. Kemping kosztował 12 euro, w zamian dostawało się żeton na kilkuminutowy ciepły prysznic. To był chyba jeden z najszybszych pryszniców w życiu, potem zostawała tylko lodowato zimna woda. Dostałem miejsce tuz obok starszego małżeństwa z Holandii które przyjechało w te rejony odrestaurowanym kempingowym VW ogórkiem. Podczas naszej krótkiej rozmowy udało mi się zdobyć upragniony dostęp do prądu, porozmawiać nieco o sytuacji społecznej w Holandii i po raz drugi podczas wyjazdu usłyszeć pytanie czy jadę do pracy.
Wieczór zakończył krótki spacer po okolicy, oprócz ładnego zachodu słońca, mogłem podziwiać dobrze utrzymanego jeepa willisa którego właścicielem był szef kempingu mieszkający w przyczepie kempingowej, oraz bardzo stary Austin wracający chyba z jakiegoś rajdu na lawecie. Dzisiaj przejechałem 362 kilometry.
Dzień dwunasty
Rano pobudka i szybkie pakowanie, miałem dzisiaj dużo rzeczy do zwiedzenia. Ale najpierw zrobiłem jeszcze poranny spacer po okolicy, do miejsca które widziałem w dniu wczorajszym, na łące na wysokim urwisku hasał sobie przezabawny kucyk, biegający jak w amoku po swoim poletku ograniczonym elektronicznym pastuchem. Na urwisku stały także resztki bunkrów, najwyraźniej zagospodarowane w jakiś sposób.
Kiedy już byłem właściwie spakowany, podszedł do mnie jeden pan niosąc w rekach 2 kubki kawy i spytał się nie czy nie chcę jednej. Zrobiłem oczy jak pięciozłotówki, bo nie spodziewałem się czegoś takiego, kawe rzecz jasna przyjąłem, jej nigdy nie odmawiam. na moje pytanie o powód takiego poczęstunku, pan odpowiedział, że po prostu może poczęstować więc to zrobił. Miły gest. Czas jednak ruszać. Do Caen jest niedaleko, 120 kilometrów, jadąc tam przejeżdżam przez bardzo ładny most nad bagnistym rozlewiskiem Sekwany. Przez chwilę się zawahałem widząc bramki poboru opłat, przecież miałem unikać płatnych dróg, ale do ruszenia przekonał mnie pas dla motocykli gdzie nie było bramek, czyli 2 kółka jadą za darmo.
Dojeżdżam w końcu krótko po godzinie 12 do Caen. To w sumie jeden z największych zawodów podczas wyjazdu, nic za bardzo nie przykuło mojej uwagi, zatrzymałem się na krótką chwile Muzeum 2 wojny (Memorial Caen), zwiedziłem tylko bezpłatną trase - centrum dowodzenia z okresu wojny i ruszyłem dalej w kierunku plaż, zahacząjąc po drodze o cmentarz wojskowy z 2 wojny światowej w Calvados na którym spoczywa 2 tysiące żołnierzy. Dalsza część trasy była już o wiele bardziej ciekawa, chociaż mocno chaotyczna. Starałem się jechać możliwie blisko morza, co przez większość czasu mi się udawało, odwiedzając poszczególne plaże i liczne pomniki z okresu inwazji, a tych jest bardzo dużo. Są nimi przeważnie wszelkiej maści wojskowe gąsienicowe pojazdy.

Plaże na których toczyły się zacięte walki, teraz oblegane, a czasami nie, przez turystów.
Miejsca dla siebie znajdą także miłośnicy wszelkiej maści muzeów, których również jest bardzo dużo. Czasem gdy nieco oddalałem się od plaż trafiałem na kolejne małe uśpione francuskie miasteczka i wsie, od których momentami ciężko było oderwać wzrok.
Zwieńczeniem dzisiejszego zwiedzania była plaża a właściwie 30 metrowy klif Point De Hoc gdzie tak naprawdę rozpoczęła się inwazja. Plaża ta zebrała duże żniwo wśród amerykańskich rangersów starających się je zdobyć i zlikwidować baterie dział które swoim zasięgiem stanowiły śmiertelne ryzyko dla desantu żołnierzy na plaże Utah i Omaha. Bardzo ciekawe są tablice pamiątkowe z krótkimi informacjami o niektórych poległych rangersach, przedstawiające ich zasługi dla zdobycia i utrzymania plaż.
Czas powoli szukać noclegu, znalazłem go na mocno zielonym terenie w okolicy Carentan, kamping o nazwie La baie Des Veys. W samą porę bo deszcz i burza postanowiły o sobie przypomnieć po ostatnich względnie spokojnych dniach. Koszt noclegu to 14,5 euro, na miejscu jest barek i mały sklepik z najpotrzebniejszymi rzeczami. Podczas rozkładania namiotu podchodzi do mnie, jak się później okazało, zapalony motocyklowy podróżnik z Belgii. Rozmawiamy dłuższą chwilę do czasu aż lekki deszczyk i błyskawice na horyzoncie nie wyganiają nas do barku. Tam możemy w spokoju porozmawiać przy piwie, a właściwie ja mogę posłuchać jego opowieści. Istny człowiek encyklopedia, nie dość, że zna kilka języków obcych, co mocno mu ułatwia podróżowanie, to zjeździł właściwie całą europę, najpierw za kierownica yamahy XJ 900, a ostatnio FJR 1300. Słowo zjeździł jest lekkim przekłamaniem, ponieważ nie tylko przejeżdżał przez poszczególne kraje, ale mógł spokojnie wszystko zwiedzać bez presji czasu. Na samo zwiedzanie Normandii miał kilkanaście dni. Pozazdrościć. Podsunął mi ciekawe miejsce do zwiedzenia, na kolejne dni po drodze do Lascaux. Sam kierował sie w najbliższych dniach nieco bardziej na zachód Francji, śladem... Asterixa i Obelixa :) Przebieg dnia dzisiejszego to 305 kilometrów.
Dzien trzynasty
Rano spotykam mojego wczorajszego znajomego, po krótkiej rozmowie decyduję się dołączyć do niego po drodze do muzeum broni pancernej w Carentan, do którego wejście kosztuje 9 euro. Chwilę błądzimy, mój towarzysz nie uznaje nawigacji, jak twierdzi woli osobisty kontakt z ludźmi, ale ostatecznie trafiamy na miejsce. Muzeum stoi na terenie wojskowego lotniska polowego, gdzie alianci dostarczali zaopatrzenie, do tej pory można znaleźć kawałki materiału z którego był wykonany pas startowy. Przy kasie mała niespodzianka, tylko ja miałem ze sobą gotówke. On zostawił swój na kempingu, a karta płacić nie można, zapłaciłem za nas dwóch, przecież sam nie pójdę, a po skończeniu zwiedzania mamy podjechać do bankomatu. Wewnątrz muzeum stoi całe mnóstwo wojskowego sprzętu, niektóre konstrukcje arcyciekawe, aż trudno oderwać od nich oczy. Wszystko opisane po francusku i angielsku. Krótko po wizycie w muzeum rozstajemy się, kolega wraca na kemping, a ja mam czas na odrobinę odpoczynku za kierownicą.
Przede mną nieco dłuższy odcinek bez zwiedzania by dojechać do słynnego klasztoru na wodzie w zatoce Wzgórza Świętego Michała. Klasztor przykuł moją uwage tym że w czasie przypływów dostać się do niego można tylko wybudowaną kładką, za to w czasie odpływów, odsłania się ogromna przestrzeń dna morskiego. Klasztor jest widoczny już z dala, oczywiście kładka nie jest dostępna dla zmotoryzowanych, trzeba zostawić swój pojazd na parkingu płatnym przy wyjeździe, na szczęście w kosztującym tylko kilka euro, i można wsiąść w darmowy autobus dojeżdżający pod sam klasztor, lub udać się w kilkudziesięciominutową piesza wycieczke.
Ja wybrałem to pierwsze rozwiązanie. Po dotarciu na miejsce najpierw postanowiłem obejść klasztor dookoła, skoro woda się cofnęła. Ziemia jest mocno gliniasta i bardzo śliska, większość ludzi zdejmuje buty i na wycieczke rusza na bosaka, ubłacając się po kostki a czasem i wyżej, na szczęście są krany gdzie można się opłukać z ziemi. Widok jest całkiem ciekawy, gdzieś na horyzoncie majaczy tafla wody, gdzie okiem sięgnąć spacerują grupki ludzi, sporo japończyków. Wykorzystałem jedna urodziwą azjatkę do zrobienia mi pamiątkowego zdjęcia, sam też z chęcią dałem się jej wykorzystać.
Dalej udałem się na zwiedzanie klasztoru, tu już niestety czar nieco prysł. Miejsce samo w sobie bardzo ciekawe, jest to mocno rozbudowany klasztor z licznymi dodatkowymi budynkami przystosowanymi dawniej do obsługi pielgrzymów a teraz do prowadzenia wszelkiej maści usług okołoklasztornych, czyli bary, hoteliki, sklepiki, ale ścisk i tłok jest przeogromny, do tego ceny które pewnie nawet francuzów przyprawiają o zawrót głowy, a co dopiero mnie. Darowałem sobie wejście do samego kościoła za sporą sumke euro i udałem się w drogę powrotną na parking. Po drodze mały deszczyk uświadomił mi że nie było rozsądne zostawiać kask wnętrzem do nieba, ale na szczęście spiekota jaka miała miejsce wysuszyła go momentalnie. A ja wsiadając na motocykl także odczułem ulgę, spacer w upale dał mi się we znaki, strach pomyśleć co by było jakbym nie miał tak mocno wentylowanych kurtki i spodni, pewnie rozpuściłbym się w środku.
Na dzisiaj koniec planowanego zwiedzania, pozostało mi jechać powoli na południe. Późny wieczór złapał mnie w okolicy Nantes i tam zacząłem powoli szukać noclegu, ostatecznie pokierowany drogowskazami i wspomagając się nawigacją znalazłem mały kemping. Szlaban zamknięty, recepcja zamknięta, a ja już lekko wymęczony nie miałem ochoty na kolejne poszukiwania, zwłaszcza że na horyzoncie błyskało. Wjechałem na teren, ograniczony z 3 stron kanałem wodnym i rozgościłem się pomiędzy dwiema rodzinami. Jedna pełną z Holandii, a drugą niepełną z Francji. Pożyczyłem od mieszkańca jednej z przyczep prądu do podładowania telefonu i zabrałem się za rozkładanie namiotu i szykowanie do kolacji. Widząc jak mój francuski sąsiad usilnie walczy ze swoją kuchenką gazową, bardzo podobną do mojej, użyczyłem mu swojej butli co go bardzo uszczęśliwiło. Położyłem się spać słuchając kumkania żab, kropel deszczu spadających na namiot, i oglądając co jakiś błyski w oddali. Dzisiaj na liczniku przybyło 392 kilometry. Przyzwyczaiłem się już do spania na karimacie z kurtką robiąca za poduszke do tego stopnia, że zwykle zasypiałem w ciągu kilkunastu minut od położenia się. Myślałem że będzie gorzej.
Dzień trzynasty
Rano pobudka, śniadanie i pakowanie się, i widze że recepcja otwarta, poszedłem tam w celu uiszczenia opłaty, dość skromnej bo "tylko" 10 euro. Za recepcjonistkę robiła jedna wyglądająca na mocno nieletnią francuzeczka, tradycyjnie znająca tylko francuski, ale wbrew pozorom poszło dość sprawnie.
Pora ruszać w drogę. Pierwotnie miałem jechać prosto do Lascaux, ale belg z kempingu dzień wcześniej wspomniał mi o francuskim miasteczku Oradur-sur-Glane które 10.06.1944 roku Niemcy zamienili w istne pobojowisko, dokonując przy tym istnej rzezi mieszkańców. Nie mogłem pominąć takiego miejsca. Dojechałem na miejsce przed godziną 15 po przejechaniu 300 kilometrów, podziwiając stare budynki i kościoły w małych miasteczkach, miałem jeszcze wtedy spory zapas czasu na zwiedzenie Lascaux. W miasteczku zginęło łącznie 642 mieszkańców, zastrzelonych, spalonych, prawie cała populacja. Niemcy nie robili wyjątków, mężczyźni, kobiety, dzieci, starzy młodzi, nie oszczędzali nikogo. Dziś ruiny miasteczka zostały odgrodzone od nowych zabudowań i przetrwały do dzisiaj jako ponura pamiątka tamtych czasów. Na miejscu jest także pomnik i muzeum.
Po zwiedzeniu miasta, wbiłem w nawigacje nazwę "Lascaux" do której miałem ledwie 90 kilometrów i spokojnym tempem dojechałem na miejsce. Nie dziwiło mnie to że poruszałem się pod koniec wąziutkimi dróżkami, prowadzącymi nieraz całkiem stromo w górę, czasem w dół, dookoła lasy, pola, wzgórza. Moja pewność siebie była tym większa że kilka razy widziałem wcześniej drogowskazy do jaskini. Gdy już dojechałem na miejsce moim oczom ukazała się najzwyklejsza mocno podupadła wioseczka z ledwie kilkoma budynkami wzdłuż stromej i krętej drogi. Jaskini niet. Mocno zdziwiony stoje w pobliżu tabliczki z nazwą miejscowości i usiłuje znaleźć w telefonie dokładniejszy adres, a tam uparcie znajduje albo Lascaux albo Montignac, szukam tej drugiej w nawigacji, jest! oddalona o 50 kilometrów... 50 kilometrów przeważnie krętej, wąskiej dróżki na której tempo podróży jest zabójczo wolne. Wizja zwiedzenia jaskini zaczyna sie oddalać. Nic to, wskakuje na motor i pędzę co sił w silniku do Montignac klnąc w duchu, jak można nazwać jaskinię Lascaux jak mieści sie w Montignac. Podczas jazdy jednym potwornie wyboistym fragmentem asfaltowej drogi widzę w lusterku jak mój namiot owinięty w karimate, razem z suszącymi się butami, wysuwa się z ekspandera, wypada na dużym wyboju na drogę i podskakując kilka razy jak piłka wpada do zarośniętego gęsto krzakami rowu. Zatrzymuje się kawałek dalej, zbieram leżące na drodze buty i nurkuje w krzakach szukając namiotu, który po chwili znajduje. Dobrze że rów był suchy. Docieram ostatecznie do jaskini, wjeżdżam na górę by dowiedzieć się że bilety kupuje się na dole w miasteczku, zjeżdżam zdyszany na dół i dowiaduje się, że ostatnia tura zwiedzających wyruszyła kilka minut wcześniej. No niestety, widocznie nie dane będzie mi zwiedzenie tym razem jaskini. Może kiedyś. Nauczka na przyszłość, trzeba dokładniej sprawdzać lokalizacje.
Niepocieszony ruszam dalej, chcę podjechać nieco bliżej granicy z Hiszpanią i tam znaleźć nocleg by jutro z rana ja przekroczyć. Po drodze mijam kolejne malownicze domki z kamienia, żywcem wyjęte z początku 20 wieku, trafiam także na niestety zamkniętą grotę w której trwały jakies prace. Wyglądała dość ciekawie, aż się prosiła o zbadanie.
Wracając do motocykla w oczy rzuciła mi się coraz nędzniej wyglądająca tylna opona, mam coraz większe przeczucie że nie dotrwa do końca podróży skoro w niecałej połowie dystansu nie jest z nią najlepiej. W dodatku obydwie zaczynają wyraźnie zużywać się tylko na czole, jak u każdego rasowego motocyklisty.
Gdzieś po drodze.
Jadąc natknąłem się jeszcze na Maison Forte de Reignac, jest to chyba hotel i muzeum, gdzieś w okolicy są jeszcze dwie jaskinie, ale o tym dowiedziałem się już po powrocie. Wygląda dość okazale, chociaż zdjęcia tego nie pokazują, ale warte jest przyjrzenia się jeżeli ktoś będzie w pobliżu
Nocleg po kilku nieudanych podejściach znajduje na kempingu ************ za 17 euro, drogo, ale nic taniej nie mogłem znaleźć, nie mam także czasu bo dogoniła mnie kolejny raz burza, namiot rozkładałem już w pośpiechu w lekkim deszczu i mocnej wichurze. Tym razem nie obeszło się bez przytwierdzenia namiotu do podłoża, bez którego ten chciał odlecieć. Na koniec jedna z mniej urodziwych pracownic kempingu zaprasza mnie na piwo, ale rozumiem to tak że ja mam zapłacić za te piwa, grzecznie dziękuje wole już wypić to co mam ze sobą, zwłaszcza że byłą podejrzanie namolna, za dużo się naoglądałem filmów żeby nie wiedzieć jak to się skończy, nie chciałem drugi raz kusić losu po noclegu w Hamburgu. przyrządzam sobie kolacje w namiocie i idę sam spać. Dziś pokonałem 584 kilometry.
Dzień czternasty
Wczesna pobudka już weszła mi w krew, więc już ok 10 byłem gotów do drogi, tylko pogoda nie dopisywała, jeszcze nie padało ale zachmurzone niebo nie napawało optymizmem. Krótko po ruszeniu, postój i ubranie przeciwdeszczowego kombinezonu, robię to już dość szybko, w końcu ostatnimi czasy zakładałem go i zdejmowałem nieraz kilka razy dziennie. Po raz kolejny zmieniam nieco plany, decyduje się zajechać najpierw do kuzyna do Sarral i wtedy zobaczę co dalej. Wjeżdżam w końcu w wyższe Pireneje, deszcz i chmury przysłaniają widoki, ale już wiem że będzie fajnie. W końcu udaje mi się już w górach wyprzedzić deszcz, lecz nie na długo, każdy postój na zrobienie zdjęcia po krótkiej chwili kończy się opadami, tym razem on naprawdę mnie goni. Po kilku próbach daruje sobie robienie zdjęć i jade dalej.
Natrafiam na piękne ruiny wykute w skale. Wejście niestety jest zagrodzone i mogę tylko podziwiać z poziomu drogi, a szkoda.
Wtem dojeżdżam do przejścia granicznego gdzie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kończy sie deszcz. Jest jeszcze troche chłodno ale można zdjąć przeciwdeszczówke i śmielej odkręcać gaz. Teraz dopiero zaczyna sie frajda! Może nie są to słynne alpejskie czy rumuńskie serpentyny, ale frajda jest przeogromna, zwłaszcza że jest okazja do pojeżdżenia nieco szybciej. zakręt, prosta ognia hamowanie i znowu zakręt i tak dłuższy czas.
Po wyjechaniu z gór krótki przystanek na tankowanie i jedzenie w miejscowym Macu, szybkie zmiany kolejnej przemoczonej pary skarpet i butów i już w zupełnie przyzwoitej ciepłej pogodzie ruszam dalej. Każdy przebyty kilometr sprawia że moja gęba rozdziawia sie coraz bardziej, dość niewielki ruch, równiutki asfalt na lekko pofalowanym terenie i fantastyczne widoki z górami na horyzoncie. Wprost nie chce się zsiadać.
Od pierwszych kilometrów zakochałem się w Katalonii i obiecałem sobie, że na pewno tu jeszcze wrócę. Jadę wzdłuż rzeki Rio Ara gdy moją uwagę przykuwa dość niecodzienny widok gdzie z wody wystają drzewa, zajeżdżam na wysepkę, na miejscu stoi kilka terenówek z logo jakiegoś klubu 4x4. Oni proszą mnie o wykonanie pamiątkowego zdjęcia ich ekipy w zamian proponując wykonanie zdjęcia mi, oczywiście się zgadzam. Mam okazje do pomoczenia troche nóg w wodzie, brodze tak dłuższą chwile obserwując jak młoda parka przychodzi na brzeg i rzuca swojemu niewielkiemu psiakowi kamyki do wody, ten radośnie rzuca się w toń i energicznie przekopuje kamieniste dno robi nurka w wode na kilka sekund po czym wygrzebuje z niej przypadkowy kamień, niekiedy wielkości jego głowy i czeka na dalsze rzuty.
Na google mapach jest widok miejsca gdy poziom wody jest dużo niższy:
https://www.google.com/maps/place/42°23'42.2"N+0°09'00.6"E/@42.3949942,0.1498162,3a,75y,37.13h,91.88t/data=!3m4!1e1!3m2!1sezHA6ojBcHmR8Qmm3ILJGw!2e0!4m2!3m1!1s0x0:0x0
Po kilkunastu minutach nad brzegiem ruszam dalej, droga prowadzi wzdłuż rzeki która kończy się tamą. Bardzo malowniczo wyglądają małe domki lub już ich ruiny wykonane z kamienia, stojące często gdzieś samotnie na wzgórzu. Ochom i achom nie ma końca, ale czas spojrzec na zegarek, by przypomnieć sobie, że jeszcze kawałek drogi przede mną. Staram się ograniczyć postoje na zdjęcia. Ostatecznie dojeżdżam już po zmroku do Sarral. Tego dnia pokonałem 675 kilometrów, chwila odpoczynku, kolacja i rozmowa z kuzynem i idę spać, jutro robie sobie wolne.
Dzień piętnasty
Nareszcie wyspany, wstaję jak młody bóg, nie mam za wielkich planów. Chcę tylko wymienić olej przed Gibraltarem. Mamy troche czasu zanim udamy sie do mechanika, więc jade z Adamem do jednej z położonych nieopodal wiosek. Po drodze dowiaduję się co nieco o samej Katalonii, wiem czemu nawet do położonych na jakiś pustkowiach wiosek zamieszkanych przez kilka osób prowadzi równiutki asfalt i czemu wszędzie jest pełno wiatraków. Jedno z drugim jest połączone, w tej wietrznej okolicy wiatraki mają pełne łopatki roboty, miejscowe władze doskonale o tym wiedzą i ochoczo inwestują w wiatraki czerpiąc z nich pokaźne zyski. Wracając do miasteczek i wsi, jak pisałem często te połozone w oddali sa na stałe zamieszkane przez kilka osób, młodzi zazwyczaj wyjechali do miast, a częśc budynków służy za weekendowe dacze. Nie spotyka sie tutaj właściwie nowych budowli, same stare wykonane z kamienia, sprawiają że kolejny raz człowiek przenosi sie wiele lat w stecz. Odwiedzamy miejscowy koscioł z 12 wieku, w którym odprawiane sa uroczystości ledwie 2-3 razy w doku i na jakies specjalne okazje. Przez reszte okresu stoi zamknięty. Podobnie wygląda w większości miast i miasteczek.
Widoki na okolice zapierają dech w piersiach
Po powrocie do Sarral jedziemy na wymianę oleju do znajomego mechanika i na odwiedzenie miejscowej prawdziwej hiszpańskiej restauracyjki. Udaje mi się zdążyć z wymianą oleju przed sjestą, inaczej motocykl musiałby czekać na jej koniec i idziemy na obiad. Restauracyjka jest położona w zabytkowej części miasta Montblanc. Dla mnie bomba, nie dziwne że tak chętnie miejscowi spędzają tam czas. Dziwi mnie nieco sposób picia wina, służy do tego naczynie które wygląda dla mnie jak bardziej fikuśna stara oliwiarka. Później się dowiedziałem, że dzięki temu że napój jest wlewany cienką strużką do ust bez stykania się ich z przedmiotem mogą z niej korzystać wszystkie zainteresowane osoby. Ciekawe. Ale to nie koniec dzisiejszych atrakcji, jedziemy jeszcze na plaże w Reus poświecić nieco swoją bladością.
W trakcie dnia decyduję się jutro zrobić szybki przeskok możliwie blisko Gibraltaru, więc pakuję się tylko na najbliższe dwa dni i idę spać.
Dzień szesnasty
Rano wyjeżdżam i staram się trzymać początkowo z dala od hiszpańskich ekspresówek i autostrad, zwłaszcza tych płatnych. I dobrze robie, widoki sa fantastyczne, w oddali na horyzoncie pasma gór, skąpa roślinność robią fantastyczne wrażenie, starczy spojrzeć na zdjęcia.
Dla mnie to nowość i ciężko nie robić co chwila przerw. Co nie wychodzi mi na dobre, chcąc w ciągu 3 dni zrobić 2000 km muszę nieco nadgonić, liczne ronda w małych miasteczkach, też nie pomagają, z czasem zaczynają denerwować. Zanim wjadę z ciężkim sercem na ekspresówke, zajeżdżam na chwilę do małego barku, napić się kawy. Usiłuję złożyć zamówienie u barmanki. Nie jest łatwo, Hiszpanie podobnie jak Francuzi nie mają w zwyczaju umieć języków obcych. Ostatecznie udaje mi się zamówić kawe po... polsku. Barmanką okazała się polka mieszkająca tu kilka lat, ujawniła się bo mój akcent wydał się jej dziwnie znajomy. Po chwili miłej rozmowy jade dalej. Na nocleg zatrzymuje się na kempingu La Torrecilla koło miejscowości Lorca. Nocleg kosztuje 8,5 euro, standard całkiem dobry. Robię jeszcze małe alkoholowe zakupy na miejscu i późnym wieczorem idę spać, chcę wstać naprawde wcześnie, jutro mam dojechać na Gibraltar i wrócić kawałek w stronę Sarral. Przejechałem dziś 655 kilometrów.
Dzień siedemnasty
Rano szybka pobudka i udaje mi sie wyjechać już o 9, ruszam rzeźko przed siebie. Decyduje się jechać dalej ekspresówkami, do pokonania mam jeszcze prawie 500 kilometrów i tylko one gwarantują rozsądne tempo. Widoki jeszcze ciekawsze, przynajmniej dla mnie, gorąco, sucho, mnóstwo płaskich przestrzeni zamkniętych górami na horyzoncie, gdzieniegdzie niewielkie wzniesienia i pojedyncze drzewka.

Można niekiedy trafić na kompletnie pustą lokalną drogę gdzie na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów mija się 2-3 samochody i kilka budynków gdzieś w oddali. Aż chce się jechać tak cały dzień.
Droga mija bez przeszkód, udaje mi się unikać płatnych odcinków do czasu aż na miejsce mam niecałe 30 kilometrów i zaczyna się krótki płatny odcinek. Jego ominięcie oznacza dojazd na miejsce nie za 30 minut a według nawigacji 2-3 lokalnymi drogami sporym objazdem. Nie mam wyboru, czas ucieka, uiszczam kilka euro za odcinek i jadę dalej, po drodze wyprzedza mnie peugeot wypełniony kilkoma osobnikami z których jeden macha do mnie przyjaźnie, pokazując victorie, chyba zauważył skąd przyjechałem i gdzie się udaje. Powoli wyłania się moje miejsce docelowe. jeszcze tylko krótka odprawa, sprawdzenie dokumentów przez celnika i mogę wjechać na teren Wielkiej Brytanii.
Miasteczko jest dość ciasne z licznymi uliczkami jednokierunkowymi, ruch duży. Ale lepiej pilnować się ograniczeń prędkości, natknąłem się na kilka patroli mierzących prędkość, w miejscach gdzie ograniczenia prędkości były do 20-30 km/h, nikomu nie przepuszczali. Po chwili kluczenia udało mi się znaleźć wjazd na górę. jeszcze tylko uiszczenie opłaty ok 60 złotych, w funtach lub euro, za możliwość wjechania na górę i mogę ruszać na zwiedzanie. Dostaje mapkę i ruszam przed siebie. Zaczynam od stanowiska gdzie dawniej stały działa, z bardzo ładną panoramą na okolice, ale tym razem to nie po to przyjechałem na miejsce.
Chcę zobaczyć te nieszczęsne małpy które rozpanoszyły się tutaj, Zanim je zobaczę czeka mnie kilka innych atrakcji i fajne widoki z góry na morze. Atrakcji starczy na cały dzień, część jest wliczone w cene biletu, za część trzeba dodatkowo płacić, słono. Moim łupem padła między innymi ładna ciekawie podświetlana (z ciągle zmieniającymi się kolorami) jaskinia, dość dobrze zachowana baszta.
Małpy - obowiązkowy obiekt zwiedzania wycieczek są przyzwyczajone do turystów i kompletnie nie zwracają na nich uwagi, ale nie pozwalają podejść w zasięg rąk, jest też zakaz ich dokarmiania pod groźbą mandatu.
Czas się zbierać, opuszczam Gibraltar - najdalej na zachód wysunięty punkt tego wyjazdu, teraz już będzie tylko bliżej, czekając jeszcze chwila przy zamkniętym szlabanie - lotnisko jest przecięte przez drogę i jak samolot startuje lub ląduje droga jest na ten czas zamykana, ruszam w drogę powrotną, chcę pojechać najdalej jak się da.
Około godziny 20 dochodzę do wniosku, że powinienem móc dojechać na kemping w którym wczoraj nocowałem, dzwonie do właścicielki i pytam się czy nie będzie problemu jak dojadę późno w nocy, stwierdza że nie więc śmiało ruszam dalej. Nawigacja pokazuje że na miejscu będę tuż przed północą, i nie myli się. Drogę pod koniec urozmaicam sobie bawiąc się z wyprzedzanymi samochodami ciężarowymi mrugając im podczas wyprzedzania awaryjnymi, część odwzajemnia się mrugnięciem długimi. Dojeżdżając na kemping już mocno po ciemku można dostrzec drugie oblicze okolicy. W dzień to typowy hiszpański krajobraz, wzgórza, skromna roślinność, domki itp, jadąc po ciemku ukazuje swoje drugie oblicze, dla mnie jeszcze bardziej fascynujące. Mijając zakłady przemysłowe z rzadką plątaniną rur wplecione w niskie domki wszystko oświetlone lampami o bursztynowym świetle dają niesamowity efekt, można poczuć się jak na bazie kosmicznej na innej planecie. Żałuję że nie zrobiłem zdjęcia.
Na miejsce dojeżdżam 23:50, właścicielka otwiera bramę i prosi tylko żeby zachować ciszę. Proszę o dwa piwa żeby się odrobinę zrelaksować przed snem i w ciszy rozkładam namiot w tym samym miejscu co wczoraj. Dzisiejszy dzień kończę z moim osobistym rekordem 982 kilometrów jednego dnia. Niby nie dużo, ale jak się z grubsza przestrzega limitów to już jakieś osiągnięcie jest.
Dzień osiemnasty
Rano po spakowaniu płace za nocleg i wczorajsze wieczorne zakupy, oglądam chwile motocykl jednego z pracowników, wzięty żywcem z Easy Rider i ruszam dalej. Po drodze zaglądam jeszcze na chwilkę do baru który odwiedziłem 2 dni wcześniej, zamienić kilka słów z polką której obiecałem że wpadnę w drodze powrotnej. Na miejscu klientów obsługiwała inna dziewczyna, po krótki wywiadzie podczas którego starałem się ustalić gdzie jest jej poprzedniczka, okazało się że to również jest polka, w dodatku szwagierka poprzedniczki. Porozmawialiśmy chwile, dopiłem kawe i ruszyłem dalej. Poranna inspekcja wykazała już dość mocne zużycie tylnej opony, jadąc zaglądałem do kilku miasteczek szukając czegoś na wymianę, miałem dwie możliwości, albo bardzo drogo i na jutro, albo tylko drogo i na za kilka dni. Żadna z tych opcji nie była satysfakcjonująca. A opona znikała chyba w szybszym tempie niż kostka podczas jazdy po asfalcie.
Ostatecznie w Sarral zjawiłem się po 22. Adam obiecał mi pomóc jutro przy poszukiwaniu nowej opony. Dystans jaki pokonałem jest niemal identyczny z tym 2 dni wcześniej - 650 km, co w sumie nie powinno dziwić.
Dzień dziewiętnasty
Od rana rozpoczynam poszukiwania w internecie, a Adam dzwoni w kilka znanych sobie miejsc. Moje poszukiwania nie są zbyt skuteczne, znajduje co najwyżej oponę w cenie kompletu w Polsce, ale Adamowi idzie dużo lepiej, dostaje namiar na warsztat w ************ gdzie powinni mieć w rozsądnej cenie i w dodatku od ręki. Potwierdzamy telefonicznie nasze przybycie i ruszamy na miejsce.
Na miejscu wszystko się zgadza, cena opony nie odbiega od cen w Polsce, mój portfel odetchnął z ulgą. Zostawiamy motor w serwisie i jedziemy do Tarragony na zwiedzanie miasta i zakupy.
Tarragona to stare miasto którego początki sięgają 3 wieku przed naszą erą. Miasto jest pełne zabytków, ja obejrzałem fragmenty rzymskich murów i katedrę która swoje początki ma w 12 wieku, by później być sukcesywnie rozbudowywaną. Po okolicy można pobłądzić spacerując po wąskich uliczkach z mnóstwem sklepików i restauracyjek. Wstęp do katedry jest płatny, można wybrać opcję z elektronicznym przewodnikiem, koszt wejścia ok 6 euro.
Po zwiedzeniu katedry, zjedzeniu solidnego obiadu udajemy się po Yamahe, nowiutka opona cieszy oko, i wracamy do Sarral. Wieczorem idziemy na rynek i przyglądam się miejscowej zabawie, gdzie w rytm muzyki granej przez młody zespół, głównie ci starsi mieszkańcy pląsają w rytm muzyki.
Po powrocie do domu, pakuję się na jutro i kładę wcześnie spać.
Dzien dwudziesty
Wyjeżdżam rano i kieruję się odrazu do nieodległej Barcelony. Moim celem jest cmentarz na wzgórzu Montjuic, skąd wziął swoją nazwe. Zwróciłem na niego swoją uwagę ze względu na arcyciekawą budowę i wręcz monstrualne rozmiary. Samo wzgórze nie jest bardzo wysokie, ma ledwie nieco ponad 170 metrów wysokości, ale roztacza się z niego świetny widok na Barcelone i port. Sam cmentarz widziałem już z dość dużej odległości, szukając dojazdu na niego wjechałem prawie na samą górę wzniesienia. Trzeba uważać na kilka zakazów wjazdu po drodze, ale odrobine klucząc można wjechać daleko. Na szczycie, przy punkcie z którego roztaczała się fajna panorama, swoje stragany rozłożyło kilku nieciekawie wyglądających czarnoskórych obywateli, jeszcze więcej ich kolegów poprostu leżało na trawie, jakby w oczekiwaniu na coś. Nie był to do końca ciekawy widok.
W końcu znalazłem wjazd na cmentarz, na który wjechałem mijając przy wjeździe kilka cór Koryntu. Po cmentarzu ze względu na rozmiary można spokojnie przemieszczać się własnym środkiem transportu, wydaje mi się że kursują tam też jakieś autobusy.
Cmentarz powstał w 1883 roku. Spoczywa w nim już ponad milion skremowanych ludzi. Większość umieszczonych w ścianach pochówkowych. Ale na cmentarzu jest też dość duża liczba mauzoleów, niekiedy całkiem okazałych, z pokaźnymi rzeźbami. Same mauzolea wyglądają bardzo malowniczo, jak małe dzieła sztuki, wykonane w różnych stylach.
Kawałek za bramami cmentarza zatrzymałem się na chwile na zatoczce, żeby wpisać w nawigacje nowy punkt i przy okazji wydostać się z Barcelony. Wydawało się że odjechałem wystarczająco daleko żeby nie być niepokojonym, ale o dziwo po chwili radośnie w moim kierunku dreptała jedna z okolicznych pań. na szczęście nie była zbyt namolna i sobie szybko poszła, i ja ruszyłem szybko w drogę.
To był już ostatni punkt do zwiedzenia w Hiszpanii, nie pozostało mi nic innego jak udać się w kierunku akweduktu Pont du Gard. Musiałem po raz kolejny nieco skrócić trase i ominąć wspomniany akwedukt i wiadukt Millau. Droga przebiegła bez większych przygód do czasu wykrycia okrutnej pomyłki w nawigacji późnym wieczorem, która od niedawna zaczęła chodzić jak chciała. Chciałem dojechać możliwie blisko trzech znanych mi miejsc pamięci związanych z drugą wojną światową. Niestety nie udało mi się to, rozpocząłem poszukiwanie noclegu, co było jedną z największych udręk tego wyjazdu, większość kempingów które znalazłem było pozamykane, jeden jedyny oferował miejsce pod namiot w kwocie 30 euro. Moje nerwowe poszukiwanie noclegu nabrało kolejnego wymiaru, wraz z narastającym mrokiem, jeździłem od drogowskazu do drogowskazu z kierunkiem wskazującym na kemping, zastanawiając się czy nie odjechać gdzieś dalej od ludzi i nie przystanąć w lesie, lub polu i gdy w końcu po 22 wracając do jednego z miasteczek wokół którego krążyłem od jakiegoś czasu nie rzuciły mi się w oko w miasteczku Remoulis (wtedy jeszcze nazwa ta mi nic nie mówiła) dachy kilkunastu kamperów. Zajechałem na miejsce, wyglądało to jak zwykły parking, zapełniony dość szczelnie kamperami. Postanowiłem jeszcze, że zanim rozłoże namiot podpytam kogoś czy mogę to tutaj zrobić. Pierwszy kamper do którego zapukałem odpowiedział mi wyciem alarmu, nie za ciekawie, bardziej poszczęściło mi się w drugim, z samochodu wysiadł nieco starszawy Belg z dwójką dzieciaków, stwierdził że nie ma żadnych przeszkód z nocowaniem tutaj. Postanowiłem rozłożyć się koło niego. W międzyczasie dołączył do naszej czwórki Niemiec - kierowca pierwszego kampera. Rozmawialiśmy sobie przy piwie długi czas, z centrum miasteczka dochodziły odgłosy zabawy. Dowiedziałem się, że jesteśmy dosłownie rzut beretem od akweduktu, jakież było moje zdziwienie, jeszcze większe było jak dowiedziałem się jakie ceny są za wejście na ten przybytek. Jeżeli oni narzekali na wysokość biletu to co ja miałem powiedzieć? Na koniec zostałem poratowany butelką wody, ponieważ nie zdążyłem zrobić zakupów wcześniej. Miałem przynajmniej rano jak zagotować herbate i kawe i przeprowadzić niezbędne minimum higieny rano. Za parkingiem, ok 2 metry niżej znajdowała się polanka po której hasały sobie dwa osiołki i czasem nieco dokazywały. Tradycyjnie po wszystkim padłem spać jak kamień.
Dzień dwudziesty pierwszy
Obudziłem się bardzo wcześnie, gdy robiłem sobie śniadanie które spożyłem razem z osiołkami czekającymi aż im coś rzuce do jedzenia widziałem jak ktoś poszedł się myć do... rzeki. Wyglądała na czystą, ale nie jestem przyzwyczajony do takich ekstrawagancji. Szybko się spakowałem i ruszyłem w kierunku Wiaduktu. Tak jak mówili moi wczorajsi towarzysze, cena mocno zniechęcająca, lekko niepocieszony ruszyłem dalej, gdzieś przez chwile z oddali kilku kilometrów mignął mi fragment wiaduktu. Chce w pierwszej kolejności dojechać tam gdzie chciałem się znaleźć wczorajszego wieczoru - w okolice parku du Vercors, położonego przy Grenoble.
Alpy powoli odkrywały się przede mną
Wiem że to nie słynne trasy w innych częściach Alp, czy rumuńskich Karpat, ale i tak świetnie się bawiłem wjeżdżając w okolice Vassieux-en-Vercors, zwłaszcza ostatnim fragmentem drogi D518 z ciągłymi agrafkami, bez barierek, gdzie co chwila przemykały tabuny motocykli, postrach siały zwłaszcza wszelkiej maści supermoto i ścigacze. Pokonanie ostatniego najbardziej krętego fragmentu zajęło mi dłuższą chwile, po części za sprawą częstych przystanków na zdjęcia i znowu musiałem w końcu sie nieco ograniczyć i skupić na jeździe. Tą R1 słyszałem już z daleka, miałem czas żeby się przygotować do zdjęcia
Chciałem odwiedzić okolice Vercors ze względu na powstanie w czerwcu 1944 jakie się tu odbyło. Przez okres kilku tygodni funkcjowała tutaj Wolna Republika Vercors, gdzie Francuscy powstańcy dzielnie walczyli z Niemcami, by ostatecznie polec z braku wsparcia.
Najpierw odwiedziłem pomnik ruchu oporu Memorial de la Resistance z wieżą widokową i dość długą ścieżką prowadzącą od parkingu do samego pomnika, dalej pojechałem odwiedzić cmentarz francuskich partyzantów w La Chapelle-en-Vercors. Prowadzi do niego równie malownicza droga co do poprzedniego miejsca. Na cmentarzu tym pochowani zostali partyzanci i mieszkańcy pomordowani w czasie powstania. Niemcy tradycyjnie nie brali jeńców i terrorem wymuszali posłuszeństwo.
Na koniec pojechałem do Grotte de la Luire, w grocie tej mieścił się polowy szpital, który po upadku powstania Niemcy wykryli i wymordowali kilkadziesiąt osób które się tam znjdowało. Grota była niestety chwilowo zamknięta dla zwiedzających. I tak się smutnie zakończył ten krótki epizod, miesiąc później okolice były już wyzwalane przez aliantów.
Pozostało mi już dziś tylko dojechać do Zurychu. Najpierw jednak musiałem opuścić Alpy Zachodnie, które pozwalały mi jeszcze przez jakiś czas cieszyć oczy fajnymi widokami i jechać, drogami wykutymi w skale oraz niekiedy całkiem długimi tunelami, często z nieobrobionym stropem, obowiązkowo bez żadnego oświetlenia, co tylko dodawało im uroku.
Po wjechaniu do Szwajcarii chcąc nie chcąc musiałem kupić winiete żeby dojechać o w miare wczesnej porze. Pomny informacji Konrada o mandatach za przekroczenie prędkości już o kilka kilometrów na godzine i licznych patrolach jechałem tak jak cały ruch uliczny. Niesamowite jak Szwajcarski rząd potrafił sobie wytresować obywateli, i nie chodzi mi tylko o przestrzeganie prędkości. Szwajcarzy mają przestrzeganie przepisów chyba zakodowane w genach, przy nich niemiecki porządek to istny dziki zachód. Do Zurychu dojeżdżam ok 22, zajeżdżając na chwilkę do Gruyères, chociaż wiedziałem że już za późno na odwiedziny i pod koniec łapie jeszcze mały deszczyk. Witam się z Konradem, którego odwiedziłem rok wcześniej, gdy pracował jeszcze niedaleko Frankfurtu nad Menem, krótkie wspomnienia i idziemy spać. Konrad jutro idzie do pracy, a ja mam wolne. Przejechałem dziś 747 kilometrów.
Dzień dwudziesty drugi
Cały dzień do popołudnia miałem dla siebie, postanowiłem zwiedzić nieco okolice na nogach. Cóż można powiedzieć, iście sterylna czystość, wszędzie, ciężko uświadczyć jakiś kawałek śmiecia na ulicy, Ceny często iście zabójcze dla portfela przeciętnego polaka, ale o dziwo niektóre towary w zbliżonych cenach.
Pod blokiem Konrada parkowała taki oto fiat 500, charakterystyczna praca silnika (w końcu to tatuś poczciwego malucha) rozbudziła mnie ostatecznie rano.
Po powrocie Konrada z pracy pojechaliśmy na zwiedzenie wodospadu Rheinfall położony w miejscowości Neuhausen am Rheinfall, tuż przy granicy z Niemcami. Jest to największy wodospad pod względem przepływu wody w Europie.
Punkty widokowe są położone na kilku piętrach, niekiedy wzburzona woda jest dosłownie w zasięgu ręki. Najciekawsze dla mnie był transport chętnych na punkt widokowy położony na środku wodospadu - od dołu podpływała na miejsce nieduża łódka i walcząc z falami i prądem wysadzała śmiałków którzy po schodkach wchodzili na sama górę. Wstęp jest zwykle płatny, ale z bliżej nieznanego powodu dziś było za free,
Wracając do domu, zajrzeliśmy do restauracyjki przy jeziorze Zuryskim na kolacje. Po zobaczeniu rachunku zrozumiałem dlaczego Konrad uparł się, że jednak on zapłaci.
Dzień Dwudziesty trzeci
Dziś jak wczoraj miałem czas dla siebie do popołudnia, znowu udałem się na zwiedzanie okolicy. Po powrocie Konrad zafundował mi kolejną wycieczke, tym razem pojechaliśmy na południe w stronę granicy z Włochami do miejscowości Lauterbrunnen w dolinie Lauterbrunnental.
Po dojechaniu na miejsce oczom, oprócz wcześniejszych widoków Alp, ukazały się niemal pionowe ściany i lejące się w kilku miejscach wodospady, Dwa najzłynniejsze to Trummelbach i Staubbach.
Najpierw udaliśmy się na Trummelbach, jest to wodospad podziemny z masą kaskad. Huk w środku jest przeogromny. Na górę można się dostać albo windą, którą obsługuje przyjazny pan mający za żone Polke (poczęstował nas kilkoma polskimi słowami) albo pieszo. Jest bardzo mokro, lepiej nie zapuszczać się do środka bez przeciwdeszczówki, bardzo fajne miejsce, przechodzi się wykutymi tunelami, czasem półkami, a obok leje się masa wody, ochlapując wszystko dookoła.
Wróciliśmy jak wczoraj późnym wieczorem do domu.
Dzień dwudziesty czwarty
To już mój ostatni dzień w Zurychu, rano zakładam przeciwdeszczówke i ruszam do Gruyères. Deszcz niestety będzie mi towarzyszył cały dzień. Jadę 190 kilometrów na zachód, dokładnie ta samą drogą jaką przyjechałem kilka dni wcześniej. Starym zwyczajem parkuje na samym końcu parkingu przy samym wejściu na uroczy rynek w miasteczku, tak żeby wracając mieć jak najbliżej do motocykla, zagaduje mnie młody mężczyzna i radzi że lepiej dla mnie jak zaparkuje na części parkingu dla motocykli. Znając już szwajcarskie przywiązanie do przepisów posłusznie parkuje po drugiej stronie parkingu, w jego najbardziej zasłoniętej drzewami części, obok odpicowanego pomarańczowego Gold Winga i udaje się w kierunku muzeum, pominąłem sobie zwiedzenie zamku i tamtejszych wystaw.
Wejście do świątyni Obcego kosztuje 10 franków, na terenie obowiązuje kategoryczny zakaz fotografowania. Wewnątrz znajduje się cała masa obrazów, rzeźb, instalacji stworzonych przez Hansa Gigera, ale nie tylko przez niego. Oczywiście najciekawsza dla mnie były części powiązane z tematyką obcego, zwłaszcza dwie naturalnej wielkości postacie obcego, nie licząc przynajmniej dwóch nieco mniejszych, ale za to wiszących na suficie i ścianie. Całość mieści się na trzech kondygnacjach i podzielone jest na poszczególne pomieszczenia, odpowiednio podświetlone, gdzieniegdzie pogrywa z głośniczków jakaś melodyjka, jest też sala gdzie grany jest, a jakże Obcy.
Panienka z obsługi tylko raz przyłapała mnie na sam koniec na robieniu zdjęcia za co zostałem przez nią zbesztany, dobrze że kompletnie nie rozumiałem co do mnie mówiła. Bardzo żałowałem, że od nadmiaru ciekawych rzeczy przytępiła się nieco moja wrodzona ostrożność i dałem się złapać jak zwykły dzieciak.

Po opuszczeniu muzeum, zaglądam jeszcze do odległego o kilka metrów baru, zwanego jakżeby inaczej Alien Coffe. Wszystko zostało wykonane w stylu hmm...biomechanicznym, wciąż nie mogę oswoić się z tym pojęciem chociaż wiem, że doskonale pasuje do Twórczości ś.p. H. Gigera. Podobnie jak w muzeum szkielety, czaszki, zdeformowane potworki i inne makabreski przeplatają się z mechanicznymi tworami, przy których przyszłość z Terminatora jawi się zaledwie jak zachęcająca do lektury bajka. Pobieżne przestudiowanie menu, podobnie jak duży tłok, zniechęciło mnie do przysiądnięcia na chwilke.
Pozostało mi jeszcze udać się do nieodległego cmentarzyka w którym na zupełnie niewyróżniającym się grobie spoczywa twórca całego zamieszania. No nie tak do końca niewyróżniający się, widać że fani z różnych zakątków świata tutaj zaglądają.

Po raz kolejny wróciłem do Zurychu wieczorem z dodatkowymi 390 kilometrami na liczniku. Zostało się jeszcze tylko spakować żeby wyjść rano razem z Konradem udającym się do pracy. Jeszcze nie opuściłem Szwajcarii a już zaczęło mi jej troche brakować.
Dzień dwudziesty piąty.
Rano żegnam się z Konradem i pomimo szarówki postanawiam wyjechać bez przeciwdeszczowki, ale kilka minut później zarządzam przyśpieszony postój i jednak muszę ją przyodziać. Na szczęście jeszcze przed granicą z Niemcami mogę ją zdjąć i cieszyć się dalej słońcem. Cel na dziś mam dość prosty - dojechać do Kostrzynia na Woodstock. Sporo kilometrów, nie szukam już niczego do zwiedzenia tylko leniwie nabijam kolejne kilometry. Czas powoli płynie, od tankowania do remontu autostrady, gdzieniegdzie większy korek związany właśnie z remontem. Dobrze że nie muszę w nim stać. Nawigacja po raz kolejny płata psikusa i kompletnie odmawia współpracy, dobrze że droga jest prosta. Jeszcze przed Berlinem zatrzymuje się na parkingu dać nieco odpocząć ciału od ciągłego siedzenia w siodle. Zatrzymuje się kołoVW Touarego na polskich blachach i zostaje szybko zaproszony przez miłą rodzinke wracającą z urlopu w Chorwacji do ich stołu. Rozmawiamy chwile kto skąd i co widział, w miedzyczasie chyba z litości widząc mój skromny obiad zostaje przez nich poczęstowany kanapkami. W końcu się rozstajemy, ja jeszcze chwile zostaje na parkingu, nawigacja znowu daje znaki życia, ustawiam po raz kolejny Kostrzyń i tak dalej jadę autostradą. Przed samą granicą walcze chwile z małym objazdem i ostatecznie ok 22 melduje się w szkole gdzie mam zorganizowany nocleg na najbliższe dni. Dziś zbliżyłem się do mojego niedawnego rekordu: 960 kilometrów. Na najbliższe 3 dni zostawiam motocykl na parkingu. Mała integracja z kolegami z pracy i rano ruszamy do pracy przy zabezpieczaniu imprezy.
Dzień dwudziesty szósty i ósmy
To ciekawe połączenie - południa praca, potem czas wolny, jedno i drugie w tym samym miejscu, tylko na nieco innych warunkach. Woodstock to całkiem fajna zabawa, bez niepotrzebnej agresji. Myśle że zdjęcia powiedzą więcej niż słowa.
Dzień dwudziesty dziewiąty
Ostatni dzień mojego wyjazdu, po śniadaniu opuszczam szkołe i powoli kieruje się do domu. Oprócz tankowania i przerwy na obiad zatrzymuje się na chwile przy pomniku obozu w Strzałkowie. Reszta drogi jest mi znana, jeździłem nią już kilka razy więc przebiega bez nowych przygód. Do domu dojeżdżam lekkim popołudniem. Mimo tylko miesiąca poza domem okolica wydaje się nieco nowa, chociaż wiem że nic się nie zmieniło. Trasę domknąłem dziś przebytymi 540 kilometrami.
Łącznie 11500 kilometrów, bezawaryjnej, ale pełnej przygód podróży. Europa zachodnia zdobyta. Jeszcze 3 inne kierunki czekają na zdobycie.































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz